Olga, Ewa i Irena, czyli łątki, na które uwziął się los

  Przez prawie pięćdziesiąt lat spały w kufrze na strychu. Zapomniane, choć są pozostałością niezwykłej kolekcji  i wiążą się nieodłącznie z początkiem teatru „Miniatura” we Wrzeszczu. Dziś, po wielu latach ożyły ponownie, stając się dla dzieci i dorosłych źródłem prostej ale chwytającej za serce magii. Mowa o marionetkach, lalkach, zwanych po staropolsku łątkami. Słowo to w dawnej polszczyźnie oznacza też ważkę – marionetki dzielą z nimi ten zwiewny, kruchy, delikatny urok.

   Unikatową kolekcję niciowych marionetek można oglądać w Pałacu Opatów w Oliwie do 13 września tego roku. Wszystkie lalki pochodzą z Wileńskiego Teatru Łątek, przeniesionego po wojnie do Gdańska i działającego tutaj do lat pięćdziesiątych. Twórczyniami teatru, reżyserkami, scenografkami, wykonawczyniami lalek i ich animatorkami były Olga, Ewa i Irena Totwen.

   Cała ta historia zaczyna się od Olgi z domu Dobużyńskiej, matki Ewy i Ireny. Ta urodzona w 1895 roku w Wilnie artystka była przyrodnią siostrą malarza Mścisława Dobużyńskiego, który zaraził ją pasją do teatru, szczególnie tego marionetkowego. Sam współpracował z rosyjskim teatrem eksperymentalnym. Podobno już wtedy, w 1916 roku Olga asystowała bratu podczas przedstawień w Moskwie i Petersburgu. Potem wciągnęło ją życie codzienne – w 1918 roku wyszła za mąż za aplikanta adwokackiego Stanisława Totwena, na świat przyszły dwie córki, kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania, by w 1925 roku ponownie zawitać do Wilna. Tu zapomniana pasja rozkwitła na nowo. Sprzyjała temu bliskość Teatru Wielkiego oraz zdolności starszej córki Ewy, która już jako dziewczynka zaczęła konstruować filigranowe ale bardzo precyzyjnie wykonane figurki i scenki. Materiałem do nich mogło być niemal wszystko: sznurki, nici, drut, koraliki, tkanina czy papier. Jej wuj Mścisław, zachwycony tymi kompozycjami pisał: „ Jesteśmy oczarowani fotografiami Twoich figurek , które nazywam „rzeźbami” pomimo tego, że są wykonane z delikatnych i dziwnych materiałów  – są plastyczne i ekspresyjne, a formy są bardzo wyraziste (…) Doprawdy masz ręce artysty (…).” Sama Ewa, jako 19-letnia dziewczyna zanotowała w swoim dzienniku: „Chcę być niezależna (…)To nic, że jestem kobietą, będę pracowała tak, jak mężczyzna”.

lekcja śpeiwu„Lekcja śpiewu” – wileńskie „rzeźby” Ewy Totwen

   W 1936 roku, po latach nauki i przygotowań, trzy panie Totwen zakładają swój pierwszy teatr, dwa lata później Ewa rozpoczyna studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. W domu Totwenek, jak je nazywano, powstają pierwsze lalki, początkowo wykonane z tkanin z głowami z masy papierowej, później rzeźbione w drewnie kozikiem lub stolarskim dłutem. Początkowy rozpęd wyhamowuje wybuch wojny, ale prace nie ustają, Ewa kontynuuje studia artystyczne, zaś działający od 1937 roku Tieatr Junowo Zritiela (Teatr Młodego Widza) proponuje Oldze Totwenowej stworzenie w placówce sekcji marionetkowej. Do końca wojny uda się jednak przygotować tylko jeden spektakl, „Nowe szaty króla” wg baśni H. Ch. Andersena, wystawiony po raz pierwszy 30 marca 1941 roku. Potem do Wilna wkraczają wojska niemieckie. Totwenki,  zmuszone do ucieczki, resztę wojny spędzają w zagubionej w lasach leśniczówce w Santoce. Tutaj Irena, młodsza z sióstr, napisze bajkę „O gwiazdce z nieba”, która stanie się później najważniejszym spektaklem teatru Totwenek, granym przez wszystkie lata jego działania. Grażyna Totwen-Kilarska z gdańskiej ASP, córka Ewy, spadkobierczyni kolekcji i kontynuatorka teatralnej tradycji wspomina, że Irena, przygnębiona wojenną rzeczywistością chciała stworzyć sztukę, w której diabły i strachy, na pozór groźne, w rzeczywistości są skapcaniałe, zrezygnowane, niemal poczciwe, nie wytrzymujące porównania z prawdziwymi diabłami toczącej się na wielu frontach wojny.

   Na początku 1945 Totwenki podejmują decyzję o repatriacji. Wyruszyły w drogę ze składaną scenką, częścią ocalałych marionetek i resztką mebli. Opuszczając na zawsze rodzinne miasto, postanowiły nadać swojemu teatrzykowi nazwę „Wileński Teatr Łątek”. Początkowo trafiają do Białegostoku, gdzie w maju po raz pierwszy, w reżyserii Hanki Bielickiej, wystawiono sztukę Ireny „O gwiazdce z nieba”. Dalsza ich droga wiodła do Łodzi, gdzie miały nadzieję osiąść na dłużej. Niestety, tu natrafiły na swojego głównego artystycznego przeciwnika i chyba nawet osobistego wroga, lalkarza Henryka Ryla, które jeszcze wiele razy będzie starał się psuć im zawodowe szyki. Czy chodziło mu o artystyczny (czy może raczej ideologiczny) spór? Walkę o władzę? Czy może po prostu o chęć pozbycia się niechcianej, a groźnej konkurencji? Zapewne o wszystko po trochu. Atmosfera wokół Wileńskiego Teatru Łątek, pomimo dobrych recenzji prasowych, robiła się dziwnie ciężka. W 1947 roku Jan Żejmo, dyrektor administracyjny, rzucił myśl: może spróbujmy na Wybrzeżu?

   Gdańsk na początku  przyjął teatr łątek z otwartymi ramionami – udostępniono mu salę do grania i garderobę, paniom zaś przydzielono do zamieszkania powierzchnię na strychu – wszystko w budynku dawnej hali widowiskowej na ówczesnej Al. Rokossowskiego 15 (dziś stoi tam gmach Opery Bałtyckiej). Już w Boże Narodzenie tego samego roku odbyło się pierwsze przedstawienie teatrzyku: „Najszczęśliwsza z sióstr” wg Ewy Szelburg-Zarembiny, zaś niecały rok później Wileński Teatr Łątek mógł się pochwalić kolejną premierą, tym razem „Krasnoludki idą w świat” wg Marii Konopnickiej. W międzyczasie szlifują i udoskonalają andersenowskiego „Słowika”, którego zaczęły wystawiać jeszcze w Łodzi. Na to właśnie przedstawienie trafił zafascynowany kulturą Chin ówczesny minister Kultury i Sztuki, Włodzimierz Sokorski. Dzięki jego interwencji Totwenki otrzymały nowe, obszerniejsze lokum w willi „Pod magnoliami” należącej wówczas do urzędu konserwacji zabytków, zaś sam teatrzyk przeniesiono do budynku w którym „Miniatura” znajduje się do dziś. Panie miały dużo szczęścia, że panu ministrowi „Słowik” się spodobał. Podobno dla innych partyjnych bonzów baśń o cesarzu – „imperialiście” okazywała się politycznie podejrzana. Szczególną nieufność wzbudziła ponoć scena, w której uzdrowiony przez słowika cesarz nakazuje „zniszczyć wszystkie klatki w swoim państwie”…

najszczęśliwasza z sióstr

   Afisze teatralne „Najszczęśliwszej z sióstr”

   Rok 1948 był dla teatru dobry. Kolejny – już nie. Przede wszystkim, ubywa jednej Totwenki: Irena decyduje się na opuszczenie sceny i Gdańska w ogóle. Wyjeżdża do Łodzi, gdzie studiuje biologię. Dziedzinie tej pozostała do końca wierna – zrobiła doktorat i aż do lat 80-tych pracowała w Instytucie Biologii Doświadczalnej PAN w Warszawie. Po drugie, rozpoczynają się czasy, w których nawet działalność teatralna podlega swoistym normom produkcyjnym – „roczny plan pracy na odcinku kulturalnym” przewidywał wystawienie trzystu przedstawień. Tymczasem gdański zespół, osłabiony odejściem Ireny liczył łącznie ośmiu początkujących aktorów. Wyszkolenie lalkarza wymaga kilku lat pracy, starań i czasu, których nowa władza Łątkom odmawiała. Trudna i wymagająca sztuka tworzenia i ożywiania marionetek nie mieściła się w filozofii nowych czasów – przygotowanie premiery nowego przedstawienia zajmowało nie mniej niż 9 miesięcy. To za długo – grzmiały odpowiednie czynniki. Wileński Teatr Łątek, by nie zostawać w tyle, zastępował część marionetkowych przedstawień łatwiejszymi w obsłudze pacynkami. Niestety, nie powstrzymało to kolejnych czarnych chmur zbierających sie nad gdańskim teatrzykiem. Pomimo pozbawienia go niepoprawnego politycznie przymiotnika „Wileński” w nazwie i późniejszego upaństwowienia, losy teatru zdawały się być przesądzone. Zarzucano mu „bezideowość”, burżuazyjność (rosyjska sztuka ludowa opierała się na kukiełkach na kiju, a nie na wymyślnych, skomplikowanych, „arystokratycznych”  marionetkach na sznurkach), a nawet to, że Ewa i Olga … rozmawiały niekiedy ze sobą po francusku. Pani Totwenowa wkrótce się rozchorowała, Ewę zaś „niezawodny” i wciąż zazdrosny Henryk Ryl przeniósł, przez odpowiednich mocodawców, do teatru w Bielsku-Białej. Był rok 1951 i teatr Totwenek tym samym przestał istnieć. Lalki przekazano państwowemu teatrowi, wiele z nich zniszczono, poprzerabiano, dopasowując do wymagań estetycznych nowych czasów.

   Na placu boju pozostała właściwie jedynie niezłomna i uparta Ewa. Szybko wróciła z Bielska-Białej, skończyła architekturę na Politechnice Gdańskiej, wyszła za mąż za architekta Macieja Kilarskiego, zasłużonego dla odbudowy gdańskiego Głównego Miasta. Jak się poznali? Jak to w zniszczonym wojną mieście – wśród ruin. Kilarskiemu, próbującemu wśród zgliszczy ocalić najbardziej wartościowe elementy starego Gdańska przydzielono do pomocy w 1954 roku właśnie Ewę Totwen. Miłość musiała wybuchnąć bardzo szybko, bowiem rok później przychodzi na świat córka Macieja i Ewy – Grażyna. Praca, czy nawet misja męża wydaje się wciągać również Ewę, która  z aparatem towarzyszy mu w wydobywaniu z ruin co cenniejszych elementów kamieniarki. To ona przyczyniła się m. in. do odtworzenia płyt przedprożowych gotyckiej kamienicy przy ulicy Mariackiej 1, które są częściowo jej projektu, jak choćby zaproponowany układ dłoni Marii i archanioła.

archanioł

Archanioł z ulicy Mariackiej

   Ewa po studiach zatrudniła się w pracowni mikrofilmów w bibliotece Politechniki. Jedna z pracujących z nią już w latach 70-tych koleżanek wspomina: „Pamiętam Ewę Totwen dość dobrze: przystojna, ciemnowłosa. Niewiele o niej wiedziałyśmy, poza tym, że jest po architekturze i że tworzyła lalkowy teatr przy Grunwaldzkiej. Była zamknięta, wycofana, dzieliła stanowisko z Trudzią, rodowitą gdańszczanką, chyba za sobą nie przepadały. Miałam wrażenie, że Ewa, choć była sumiennym pracownikiem, duchem była gdzie indziej”.  To bardzo prawdopodobne – przez te wszystkie lata nie porzuciła marzeń o pracy w teatrze. Jeszcze w 1953 roku zrealizowała pierwszy w Polsce marionetkowy film pt. „Wspólnymi siłami”.  Dwa lata później zaprojektowała marionetki do spektaklu „Zagubiony elf” (wg Andersena), który w teatrze na Grunwaldzkiej realizowała Olga Totwen. Stworzona przez nią Calineczka stała się jej ukochaną lalką, może dlatego, że Ewa oczekiwała wtenczas dziecka i bajkowa dziewczynka to, jak notuje w pamiętnikach, „trochę takie narodzone dzieciątko, na które czekało się z radością, tak jak na to moje prawdziwe – żywe”.

zagubiony elf

Marionetki z „Zagubionego elfa”

   W 1957 roku zakłada Stowarzyszenie Miłośników Sztuki Marionetkowej, które umożliwia jej oficjalne prowadzenie teatru i szkolenie przyszłych aktorów. Stowarzyszenie miało swoją siedzibę w Klubie Drukarza na Garncarskiej. Zaczęto wznawiać przedstawienia „Najszczęśliwszej z sióstr” i „Gwiazdki z nieba”, przygotowano nową premierę pt. „Słoniątko” – tytułowe zwierzątko wykonano z różowego ubranka małej Grażynki, córki Ewy. Po raz kolejny wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku i po raz kolejny wkroczyły odpowiednie czynniki, które sztuce Totwenek zarzuciły bezideowe i artystyczne imitatorstwo. W wysokiej komisji oceniającej na miejscu pracę Totwenek znalazł się też (co za niespodzianka) Henryk Ryl.

Olga i Ewa, zniechęcone i zrezygnowane, poddały się. Bez większej radości doprowadziły do premiery przedstawienia „Skoczek-toczek”, która miała miejsce  28 grudnia 1958 roku, a zrobiły to tylko dlatego, by adeptom sztuki marionetkowej umożliwić dokończenie kursu i wystawienie „dyplomowej” sztuki. Totwenki usunięto ze Stowarzyszenia i teatru. Wileńskie „Łątki” ostatecznie wchłonął Państwowy Teatr Lalek „Miniatura” we Wrzeszczu. Marionetki z kosza na strychu wyglądały od tej pory rzadko i od wielkiego dzwonu – lalki brały udział w spektaklach w domach kultury, czy telewizyjnych pokazach. Ewa Totwen, niestrudzona archiwistka, czuwała nad rodzinną spuścizną, dbając nie tylko o łątki, lecz również o listy, wycinki, teatralne afisze. Odeszła w 1999 roku w Gdańsku.

Dziś wszystko to można zobaczyć w Pałacu Opatów. Grażyna Totwen-Kilarska w specjalnych niedzielnych pokazach nie tylko przybliża podstawowe pojęcia dotyczące teatru kukiełkowego, ale i ponownie ożywia marionetki-zwierzątka ze spektaklu „Słoniątko”, tego samego, w ktorym główny bohater paradował w uszytym z jej śpioszków ubranku. Na skromnej scence tańczą egzotyczne zwierzaki znad rzeki Limpopo: struś, małpa i inne. Dzieciom, tym starszym i młodszym ( a także tym całkiem dorosłym) śmieją się i błyszczą oczy.

Magia działa dalej.

***

Wystawie towarzyszy doskonale wydany, bezpłatny katalog. To z niego głównie korzystałam przy pisaniu tej notki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s