„Olbrzymka” Aliny Szapocznikow, czyli historia pewnej rzeźby

Z braku innego imienia nazwijmy ją „Dianą”. Stoi we wdzięcznej pozycji, ciężar ciała opierając na prawej nodze. Lewą dłonią delikatnie dotyka obojczyka, drugą rękę swobodnie opiera na wygiętym biodrze. Spokojnie, z zadumą i nieco sennie spogląda na życie toczące się w dole, na Długim Targu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tej linii pierzei trudno o towarzystwo dla niej – szczytów sąsiednich kamienic nie zdobią inne rzeźby, zatem wieńcząca fasadę odrestaurowanej kamienicy numer 36 „Diana” skazana jest w jakimś sensie na samotność. Nawet gołębie, od czasu najeżenia gzymsów i parapetów odstraszającymi zaporami, nie odwiedzają odosobnionej rzeźby na szczycie. Z dołu nie niepokojona spojrzeniami (komu chce się zadzierać głowę aż tak wysoko?) pozostałaby pewnie zupełnie anonimowa, gdyby nie jej Twórczyni.

Alina Szapocznikow, jedna z największych polskich rzeźbiarek XX wieku i jedna z nielicznych polskich artystek i artystów, którym udało się osiągnąć sukces poza granicami Polski, odkuła w kamieniu tę postać w początkach swej kariery, prawdopodobnie na przełomie 1953 i 1954 roku. Kiedy dokładnie? Tego do końca nie wiemy. Jedno ze zdjęć fotografa Kazimierza Lelewicza, precyzyjnie datowane na lipiec 1953, pokazuje nieotynkowaną jeszcze kamienicę, pozbawioną kamieniarki i ornamentów. „Diany” na szczycie też póki co nie ma. Wszystko wskazuje na to, że powstała nie wcześniej niż w listopadzie tego roku. Szapocznikow tak pisała wtedy z Gdańska w liście do męża Ryszarda Stanisławskiego: „Już 3 dzień tu jestem a bardzo bym chciała już wrócić do domu. (…) Warunki pracy jeszcze gorsze jak warunki pobytu. 10 godzin stoję na kamiennej posadzce i nogi w kolanach aż mi piszczą”. Gdańsk się Alinie zdecydowanie nie podoba i raczej o ludzi chyba chodzi a nie o samo miasto, bo z goryczą w tym samym liście dodaje, że „kołtuństwo i ciemnogród naokoło”, zaklinając męża, by jej „na takie tępe roboty więcej nie pozwalał”. Dla samej „Diany” jest  jednak łaskawsza: „Rzeźba nawet bardzo ładna, blisko 2 metry (…) Jest ona tak smutna i pełna melancholii jak ja”. Gdzie natomiast znajdowała się feralna kamienna posadzka, torturująca zmęczone kolana artystki? Niewykluczone, że po sąsiedzku, w pomieszczeniach Dworu Artusa, który z przerwami aż do lat 90-tych pełnił funkcję pracowni rzeźbiarskiej i konserwacji zabytków.

Sama Alina Szapocznikow, odwiedzając Wybrzeże w pierwszej połowie lat 50-tych była jeszcze młodą, niespełna trzydziestoletnią, ale już bardzo doświadczoną przez los osobą. Urodzona w 1926 roku w rodzinie żydowskich lekarzy przeżyła pobyt w pabianickim i łódzkim getcie oraz koszmar uwięzienia w hitlerowskich obozach zagłady w Bergen-Belsen oraz Teresinie. Powikłania po przebytej już po wojnie gruźlicy jajników nieomal kosztowały ją życie. Uniemożliwiły też dokończenie studiów w paryskiej Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts, zrujnowały finansowo i, co najgorsze, pozbawiły młodą, pełną życia kobietę możliwości urodzenia dziecka – „Jak utrzymam się na poziomie, kiedy nikt nigdy nie nazwie mnie „mamo”? ” rozpaczała w liście do Ryszarda Alina. Ostatecznie, jej marzenie się spełniło: jedyny, ukochany syn Aliny, Piotr został przez nią adoptowany w 1952 roku.

Szapocznikow do Gdańska sprowadziły prawdopodobnie znajomości z artystami z tzw. „szkoły sopockiej” oraz z Kazimierzem „Kachu” Ostrowskim, którego poznała jeszcze w Paryżu. W latach 1953-1954 uczestniczyła w kilku pracach rzeźbiarskich i rekonstrukcyjnych na gdańskim Głównym Mieście, ale która jeszcze ze zdobiących szczyty czy przedproża figur jest jej dziełem nie udało się (i raczej już się nie uda) ustalić. Tylko autorstwo „Diany” jest pewne, co poświadczył gdański rzeźbiarz Franciszek Duszeńko.

Każdemu, kto choćby pobieżnie kojarzy późniejszą twórczość Szapocznikow i jej słynne konstrukcje z poliestru i poliuretanu, taka tradycyjna, zachowawcza rzeźba w socrealistycznym stylu może wydać się zaskakująca. Już w drugiej połowie lat 50-tych charakter rzeźb artystki radykalnie się zmieni.  Jednak, póki co, artystka stara się odnaleźć w poetyce nowych czasów. „Prawdziwy artysta nie uchroni się od współczesności” – powie po latach w jednym z wywiadów…

Im dłużej na „Dianę” patrzymy, tym bardziej zadziwia nas charakterystyczny dysonans. Z jednej strony – klasyczna poza antycznego kontrapostu (czyli oparcia ciężaru ciała na jednej nodze) i subtelne, może nawet delikatnie uwodzicielskie ustawienie postaci. Z drugiej – zwróćmy uwagę na twarz i proporcje ciała wyrzeźbionej figury. Elegancka, akademicka poza i owijająca ciało tunika to jedynie pozór. To raczej ciało młodej i silnej robotnicy niż smukłe i lekkie kontury postaci bogini czy boginki z mitologicznego panteonu. Zwróćmy uwagę na szeroki, płaski nos, na krótkie palce szerokiej dłoni, na dość potężne udo i muskularną łydkę oraz atletyczny tors z płaskimi, niedużymi piersiami, nieledwie różniącymi się od mocno rozbudowanej męskiej muskulatury. Jakby do wolnej teraz prawej ręki „Diany” wsunąć kielnię lub pędzel z farbą, czy raziłoby to nas tak bardzo? Chyba nie… I czy znaczy to, że do rzeźby lub jej wstępnego projektu mogła pozować jedna z młodych kobiet, pracujących wśród gruzów odbudowywanego Gdańska? Niewykluczone.

Socrealizm, zarówno w literaturze jak i sztuce był w istocie straszliwie pruderyjny. Elegancja, dbałość o wygląd, strojenie się czy uwodzenie traktowane było jako relikt zdeprawowanej kultury burżuazyjnej. „Kobiety, które mają ciało, są świadome swej cielesności – w literaturze produkcyjnej są postaciami negatywnymi, które przegrywają ze schludnymi, aseksualnymi, androginicznymi, dobrymi żonami przodowników” – to słowa Ewy Toniak, historyczki sztuki oraz autorki książki pt. „Olbrzymki. Kobiety i socrealizm” I jeszcze: „(…) płeć została sprowadzona do kilku fizjonomicznych i anatomicznych atrybutów dodawanych do jakiegoś jednolitego trzonu – zawsze takiego samego ciała (…) Kobiece ciało jako ewentualny obszar inności zostało spisane na straty.”

Niewątpliwie cechy tej unifikacji widzimy w postaci naszej „Diany”. Czy w takim razie jej ciało, jej kobiecość, zostały „spisane na straty”? Chyba jednak wieńcząca gdańską kamienicę postać wymyka się takiemu ostatecznemu zakwalifikowaniu. Jest w niej pewien przykuwający uwagę melancholijny wdzięk (wszak sama Alina utożsamiła się w jakimś stopniu emocjonalnie ze swoim dziełem) i nie sposób patrzeć na nią bez swego rodzaju czułości. Wszak fascynacja ciałem – od być może zideologizowanej „Diany”, poprzez zmysłowe rzeźby z poliestru po dokumentowanie chorego, zdeformowanego ciała (Szapocznikow zmarła na nowotwór w 1973 roku, w wieku niespełna 50 lat) – to przewodni temat twórczości artystki. Jak podkreśliła w jednym z wywiadów, „ze wszystkich przejawów tego, co efemeryczne, ciało ludzkie jest najbardziej bezbronne, jest jedynym środkiem wszelkiej radości, wszelkich cierpień i wszelkiej prawdy”.

Przechodząc Długim Targiem, podnieśmy więc wzrok i poświęćmy „Dianie” chwilę naszej uwagi, jest tego warta.

***

Przygoda z „Dianą” to niejedyny przejaw związków rzeźbiarki z Gdańskiem. Już w 1954 Szapocznikow wygrała projekt na pierwszy pomnik poświęcony obrońcom Westerplatte, który jednak nie został zrealizowany (wzniesiony w 1966 roku monument zaprojektowany został już przez zupełnie innych twórców). Co więcej, jeszcze w 1965 roku była teoretyczna szansa, że Szapocznikow powróci do Gdańska i obejmie katedrę rzeźby na PWSSP po odchodzącym na emeryturę Stanisławie Horno-Popławskim – tak się jednak nie stało i artystka ostatecznie odrzuciła propozycję. To wszystko jednak zupełnie inna historia i materiał na kolejny „odcinek”…

Tekst ten po raz pierwszy ukazał się na  stronie http://www.metropolitanka.ikm.gda.pl