„Latająca ryba”. Iwona Pieńkawa (1955-1975)

    Równo 38 lat temu, 31 marca 1975 roku, gdzieś na szosie pod Mławą zginęła tragicznie pewna dwudziestoletnia dziewczyna. Nazywała się Iwona Pieńkawa. Była żeglarką, córką kapitana Zdzisława Pieńkawy, uczestniczką regat okołoziemskich 1973/74, pierwszą Polką w historii, która opłynęła Przylądek Horn oraz autorką wspomnieniowej książki z tego rejsu „Otago, Otago, na zdrowie”.

    Iwona przygodę z żeglowaniem zaczęła już  jako 9-letnia dziewczynka. Patent sternika jachtowego zrobiła w wieku 16 lat, 2 lata później miała już stopień sternika morskiego. W 1973 roku stanęła przed szansą wielkiej życiowej przygody. Jachtklub Stoczni Gdańskiej postanowił zgłosić S/Y„Otago” (łódkę nazwaną tak na pamiątkę barku, którym dowodził Józef Conrad Korzeniowski) do Whitbread Round The World Race 1973-1974, okołoziemskich regat, rozgrywanych na trasie Portsmouth – Kapsztad – Sydney – Rio de Janeiro – Portsmouth (regaty te odbywają się do dziś, obecnie pod marką Volvo Ocean Race). Kapitanem jachtu ma być Zdzisław Pieńkawa, ojciec Iwony, a wśród załogi znajduje się między innymi Zygmunt Choreń, inżynier i późniejszy konstruktor słynnego „Daru Młodzieży”. Iwona strasznie chce płynąć z nimi. Co prawda oznacza to konieczność wzięcia urlopu dziekańskiego i stratę roku akademickiego (właśnie dostała się na architekturę na Politechnice Gdańskiej) ale dziewczyna jest zdeterminowana, wie, że taka szansa nieprędko ( o ile w ogóle) się powtórzy. „Mogę być czarną kanaką, kukiem [kucharzem], wszystkim się podporządkować, tylko mnie zabierzcie” – błaga ojca. Po co tak bardzo chce płynąć? „Dla przeżyć” – pisze w „Otago…” – „nowych silnych przeżyć. Bo tyle mamy z życia, ile przeżywamy”.

    Iwonie udaje się przekonać ojca – 25 sierpnia późnym wieczorem wypływa z Nowego Portu w stronę Portsmouth. Odprowadzają ją przyjaciele – wypalają wszyscy po pół papierosa, drugie pół zostawiając sobie na spotkanie po powrocie. Właściwe regaty rozpoczynają się 8 września. Startuje w nich 20 jednostek. Wybudowany w 1959 roku „Otago” jest jednym z najstarszych tutaj jachtów, wcześniej zbudowano tylko niemiecki „Peter von Danzig” (zresztą dla załogi, ten „prawie gdański” jacht jest głównym przedmiotem honorowej rywalizacji) i nie jest typowo regatowym jachtem, sukcesem będzie już ukończenie tej trasy.  Osiemnastoletnia Iwona Pieńkawa jest jedną z trzech kobiet uczestniczących w regatach.

Iwona Pieńkawa 1

„Widziałam siebie – moja sraczkowata czapeczka z białym pomponem, ciemne oczy, opalona twarz, złote kolczyki…”

    Atmosfera podczas rejsu jest dobra, ale ośmiomiesięczna żegluga i stłoczenie dziewięciu osób na małej powierzchni jest wyzwaniem dla cierpliwości i siłą rzeczy musi powodować napięcia. „Powiem Wam, jakie jest najgorsze więzienie: zamknąć dziewięć osób w klatce osiemnaście metrów długiej i cztery metry szerokiej, polewać od góry i z dołu wodą i dać im jeszcze trochę środków do życia” – tak miał podsumować tę sytuację Adam Michel, dziś architekt, wtedy jeden z „udręczonej” dziewiątki.  Iwonie jest jeszcze trudniej: jedyna kobieta, do tego najmłodsza wiekiem i stażem. Dnie w większości spędza w kambuzie, przygotowując posiłki dla załogi. Panowie traktują ją z sympatią, ale w żadnym razie nie zamierzają traktować jak damy.  Tak zwane świńskie dowcipy najwyraźniej fruwają ponad głowami w kajucie, skoro Iwona szybko stwierdza, że „kawały erotyczne szybko się nudzą. W końcu wszystko staje się symbolem męskiego członka: i czajnik, i parówki, i sznurowadła.” Czy możliwe jest, by w warunkach ograniczonej przestrzeni, na której ściśnięto kilkoro członków załogi, między Iwoną a grupą młodych przecież facetów nie było erotycznego napięcia? Autorka „Otago…” nic o tym nie wspomina. Autocenzura? Chyba raczej nie. „Zuzia”, jak na nią mówią, czuje się przede wszystkim żeglarzem, zżyma się na ciągłe podkreślanie, że jest kobietą: „Nie lubię tego podkreślania, że jedna dziewczyna (…) dziewięciu żeglarzy jest na Otago. Koniec.” Wścieka ją idiotyczny przesąd, że kobieta na jachcie przynosi pecha – jej racjonalni towarzysze niby w to nie wierzą, ale w razie jakichś kłopotów nie mogą powstrzymać się od sarkastycznych uwag pod jej adresem.

     Czas rejsu to dla Iwony przygoda życia, także intelektualna – na jacht zabrała ze sobą sporo ambitnych książek: Joyce’a, Witkacego, Vonneguta. Jest oczytaną, myślącą dziewczyną, ma niewątpliwy dryg do pisania, jej zdania są niejednokrotnie celne i dojrzałe. Ale jednocześnie, osiemnastolatka to jeszcze emocjonalny kocioł i  Iwonie zdarzają się zabawnie dziecinne stwierdzenia, gdy zastanawia się na przykład, czy współtowarzyszom (którzy czymś się narazili) nie napluć złośliwie do zupy. Po chwili stwierdza, że nie warto, skoro przecież i tak by o tym nie wiedzieli 🙂

    5 października o drugiej w nocy „Otago” mija równik. Na obowiązkowym chrzcie Iwona otrzymuje imię „Latająca ryba”. Bardzo przywiązuje się to tego miana, a załoga od tego momentu postanawia nie łapać tych morskich stworzeń i nie przygotowywać z nich posiłków. Pod koniec rejsu złamią ten zakaz, co Iwonę wścieknie i rozżali jednocześnie… Ciągnące się miesiące żeglugi urozmaicają krótkie pobyty w portach dzielących poszczególne etapy: Kapsztadzie, Sydney, Rio de Janeiro. Można wtedy wreszcie poczuć pod nogami stały ląd, wykąpać się, przeczytać listy z Polski, zwiedzać miasto i brać udział w dziesiątkach imprez, organizowanych dla uczestników tych prestiżowych regat.

    Prawdziwym jednak wyzwaniem i doświadczeniem jest opłynięcie Przylądka Horn, zwanego żeglarskim Mount Everestem i Nieprzejednanym – to tu Ocean Spokojny styka się z Atlantykiem. Na śmiałków czyhają tam huraganowe wiatry, wysoka i stroma fala a także sterczące z powierzchni wody skały. „Otago” jest piątym polskim jachtem w historii, który mija owiany złą sławą przylądek, a Iwona pierwszą Polką, która go opłynęła. Historyczny moment ma miejsce 5 lutego 1974 roku, o piątej rano. Iwona właśnie gotuje zupę mleczną…

    „Otago” ponownie wpływa na Atlantyk. To już ostatni etap żeglugi, przed nimi jeszcze postój w Rio de Janeiro, gdzie właśnie trwa słynny karnawał. Iwona jest nim jednocześnie oszołomiona i znużona – „ten rodzaj sztuki czy zabawy zupełnie mi nie odpowiada, męczy raczej, jest zbyt krzykliwy, jarmarczny” wspomina w książce. Zaczyna tęsknić za domem, Gdańskiem („jesteśmy na antypodach Gdańska, stykamy się podeszwami, dzieli nas tylko średnica ziemi”), wyobraża sobie zwykły dzień na ulicy Danusi we Wrzeszczu, gdzie mieszka: mamę, rodzeństwo, niedopitą kawę na stole, drzemiącego w kuchni psa.

    Iwona nie wstydzi się przyznać, że wielomiesięczna żegluga i żmudna praca czy to w kambuzie, czy na pokładzie staje się po jakimś czasie mecząca i monotonna. Wreszcie, 24 kwietnia o 10.00 „Otago” przekracza linię mety. Pomimo złamanego na Oceanie Indyjskim bezanmasztu zajmuje w wyścigu  trzynaste miejsce, jest nie tylko przed „Peterem von Danzig”, ale i przed „Copernicusem”, jachtem ze Yacht Clubu Stal Gdynia. 16 maja „Otago” wpływa do macierzystego portu, oficjalne powitanie załogi dopiero następnego dnia na Motławie. Ubrana galowo pod sztormiakami załoga udaje się do Ratusza, gdzie otrzymuje odznaczenia i występuje na specjalnej konferencji prasowej. Zmęczoną oficjalną pompą Iwonę wyciąga z Ratusza grupa przyjaciół: „wynieśli mnie na ramionach, jechałam przez cała Długą śmiejąc się, ciągle się śmiejąc, gubiłam kwiaty po drodze”.

   I taką ją, roześmianą i w kwiatach, zostawmy. Rok później, na kilkanaście dni przed swoimi dwudziestymi urodzinami, Iwona wraca swoim świeżo kupionym samochodem do Gdańska, na holu. W pewnym momencie, z nieznanych powodów, raptownie skręca w lewo, wpadając pod nadjeżdżający z przeciwka samochód. Ginie na miejscu.

   Pochowano ją na gdańskim cmentarzu Srebrzysko. Jej grób znajduje się po prawej stronie głównej alei, w drugim rzędzie, kawałek za charakterystycznym smoleńskim nagrobkiem Arama Rybickiego. Jeśli będziecie w pobliżu, nie zapomnijcie zapalić świeczki odważnej, głodnej wrażeń dziewczynie, która nie bała się walczyć o swoje marzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*

Postscriptum

W sierpniu 1976, na Morzu Barentsa, zatonął „Otago”, po  uprzednim zerwaniu się z kotwicowiska, zaś nazwany na pamiątkę żeglarki jacht „Iwona Pieńkawa” , po uprzednim opuszczeniu go przez załogę, zaginął na wodach Zatoki Biskajskiej….

Wszystkie cytaty pochodzą ze wspomnień I. Pieńkawy  „Otago, Otago na zdrowie”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy

6 thoughts on “„Latająca ryba”. Iwona Pieńkawa (1955-1975)

  1. Iwona mieszkala w Oliwie na ul.Kupaly, a nie we Wrzeszczu.Samochod natomiast dostala w prezencie urodzinowym od ciotki.Byl niesprawny dlatego pojechala z kolega,zeby go przyholowac do Gdanska.Reszta sie zgadza.Bylam jej kolezanka,razem robilysmy stopien sternika i nie tylko.

  2. Czytałam jej książkę mając szesnaście lat. Dzis mam prawie pięćdzisiąt a ciągle pamiętam i zawsze pewnie będę – zrobiła na mnie naprawdę wrażenie. Ciekawie napisana i ładnie zilustrowana. Na pewno mogłaby napisać jeszcze wiele równie pasjonujących historii. Wielka szkoda.
    Iwona M. Warszawa

  3. dł-sz wracam do tej książki wciąż, chociaż mam już koło 50 -tki. Zainspirowała mnie ona do dalszych poszukiwań publicystycznych o tematyce marynistycznej. Dziś mam całkiem niezłą kolekcję zdobytą w antykwariatach i od dobrych ludzi likwidujących swoje zbiory. Dziś też jako kompletny „żółtodziób” żeglarski (w sensie technicznym – nigdy nie pływałam) mam nawet sporą wiedzę na temat wypraw, regat, powiązań między faktami i ludźmi. Czasem myślę, że to chyba zbyt późno, a czasem dobrze, że w ogóle. A zaczęło się najpierw już bardzo dawno od piśmiennictwa alpinistycznego poprzez podróżnicze do marynistycznego.
    Widać, czasem jest coś po coś……Dziękuję Iwono za Otago, Otago i dziękuję Weronice za przyniesienie mi jej kiedyś w zwykły szary dzień……

  4. Książkę przeczytałam po raz pierwszy w ostatnich klasach szkoły podstawowe (84, 85 r)j, czytam ją bardzo często i cały czas odkrywam coś nowego. Bardzo żałuję, że p. Iwona odeszła w tak młodym wieku…

  5. Przeczytałem tę książkę wielokrotnie. Pożyczony komuś egzemplarz nigdy do mnie nie wrócił. Podobnie było z kolejnym kupionym egzemplarzem. Teraz mam trzeci egzemplarz i nie pożyczę go nikomu. Głównie dzięki tej książce zacząłem żeglować po morzach i oceanie – często zabieram ją ze sobą w rejs. To trochę mój talizman, będący jednocześnie najlepszą z kilkuset książek żeglarskich, które przeczytałem w swoim życiu. Na drugim miejscu znajduje się „Mój własny świat” – Robin Knox-Johnston, a na trzecim „Długa droga” – Bernard Moitessier.
    Głęboko wierzę, że gdyby nie tragiczna i bardzo przedwczesna śmierć Iwony, miejsca drugie i trzecie na książkowym podium, też należałyby do niej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s