„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935) Cz. III

Kino, brylanty, Gorgonowa

    Nikt tak nie tęskni za zdrowiem, jak chory; nikt tak nie pożąda pieniędzy, jak ci, którym ich boleśnie brak. Stanisława nie jest  przecież ascetką czy masochistką. Marzy o komforcie finansowym, o  braku długów i porządnej jajecznicy z kawą na śniadanie. Zdaje sobie sprawę, jak wiele pieniądze ułatwiają w życiu: „Pieniądz jest składnikiem życia jak krew, powietrze, woda” – pisze do Iwi Bennet. „Każdy nerw we mnie, każda komórka łakną pieniędzy, jak duszący się powietrza”. W 1929 roku zwierza się siostrze z osobliwej manii: codziennie pielgrzymuje na Hauptstrasse (tj. najpewniej na odcinek dzisiejszego Traktu św. Wojciecha), by na wystawie u jubilera podziwiać wyjątkowo piękny, dorodny ( i zapewne niebotycznie drogi) pierścionek z brylantem.

   Pozbawiona erotyki i odosobniona towarzysko (kompanii dotrzymuje jej tylko znaleziona na ulicy kotka) znajduje sobie jeszcze inną, tanią rozrywkę – kino. Na seanse filmowe przeznacza ostatnie pieniądze. Podziwia na ekranie Charlie Chaplina i Astę Nielsen, płacze na „The Last Command” Josepha von Sternberga z Emilem Janningsem, wycierając czerwoną, zapuchniętą twarz doszczętnie przemoczoną chusteczką. Ma chyba dobry gust filmowy – Jannings jest najsłynniejszym aktorem III Rzeszy i laureatem pierwszego w historii Oscara za rolę męską. Po latach, już po przejęciu miasta przez nazistów, uświetni swoją obecnością otwarcie kina Tobis Palast na Langgasse (dziś budynek kina Neptun).

his last command

  Plakat z filmu „The Last Command”, który tak zachwycił Przybyszewską.

   Z gdańskiej jaskini oprócz kinowych wzruszeń i seansów przed sklepem jubilera wyrwie ją, już niemal pod koniec życia, coś znacznie ważniejszego: żarliwa obrona Rity Gorgonowej, bohaterki najsłynniejszego procesu II RP, oskarżonej o dokonanie  okrutnego morderstwa na  Lusi  Zarembiance, córce swojego żonatego kochanka. Przybyszewska nie wierzy w jej winę (do dziś zresztą są co do tego poważne wątpliwości). Gorgonowa ma  jednak przeciwko sobie opinię publiczną. Jest cudzoziemką, obcą, przybłędą, do tego pozostającą w  grzesznym, nieuświęconym  prawem i sakramentem związku. Niewielu ma odwagę jej bronić. Wśród nich jest Przybyszewska, która w 1933 publikuje w „Wiadomościach Literackich” pełen pasji artykuł „Rita Gorgon, sprawa zastępcza”.

„Miałam szczęście, popadłam w opętanie”

   Kiedy nie siedzi w kinie i  nie podziwia na wystawie biżuterii, to pisze, pisze, pisze. Nie wierzy w  tzw. natchnienie, twórczość literacka to dla niej żmudna, konsekwentna dłubanina.  Pisząc, konsekwentnie realizuje założone plany – prowadzi specjalny zeszyt, w którym skrupulatnie notuje postęp prac . Swoje „dzieło życia”, „Sprawę Dantona”,  poświęconą konfliktowi Dantona i Robespierre’a, kończy dokładnie 9 marca 1929 roku. Dziękując siostrze za wsparcie finansowe udzielane podczas dwóch lat pisania sztuki („Bez Ciebie „Danton” przecież by nie powstał”) dodaje jeszcze: „poświęciłam się pracy i miałam szczęście, popadłam w to opętanie, w jakim jest się już tylko „piórem Pana Boga”; wszystko, co osobiste wymazałam, zapomniałam”. Jeszcze ostrzej Stanisława formułuje to w liście do Dziabaszewskiego, byłego kochanka  z lat młodości: „(…)niestety, nie posiadam innego życia poza tym. Niestety? Raczej dzięki Bogu. Czarna nędza, w jakiej żyję, to doprawdy niezbyt wysoka cena za posiadanie własnego życia. Niezbyt wysoka zapłata za możność napisania „Sprawy Dantona”. To nie  są słowa nieszczęśliwej, złamanej kobiety. To są słowa kobiety spełnionej, dumnej z ewidentnego literackiego dokonania. Oczywiście, cena sukcesu jest horrendalna, ale przecież Stanisława od początku była na nią gotowa. Jasne, ze wolałaby siedzieć w cieple i ciszy, a nie walczyć z uczniowskim wrzaskiem i zapleśniałym trzewikami, żyjąc na wieczną „kreskę” w pobliskim sklepie. Tylko, że nie okazało się to możliwe. Nie róbmy ze Stasi godnej politowania nieszczęśnicy, co to bezrozumnie lezie ku nieuchronnej zagładzie.  Przecież naprawdę chciała jej uniknąć – jednak nie za cenę wolności i decydowania o własnym życiu.

   Prapremiera „Sprawy Dantona” ma miejsce we Lwowie w roku 1931 i zrealizowana jest ze sporym rozmachem (specjalnie dla potrzeb przedstawienia skonstruowano  nawet obrotową scenę). Niestety, w wyniku personalnych konfliktów, sztuka zeszła z afisza po czterech przedstawieniach.  Dwa lata później „Sprawa Dantona” idzie w teatrze warszawskim, w reżyserii Aleksandra Zelwerowicza, z dobrymi rolami Jana Kreczmara i Kazimierza Junoszy-Stępowskiego. Odegrano ją 24 razy, niestety tutaj zaszkodziły jej spory polityczne wokół kontrowersyjnego, jak się wtedy wydawało, tematu. Więcej nie udało się osiągnąć, choć jak na młodą, stroniącą od „lansu” i mieszkającą na kulturalnej prowincji autorkę to było wcale niemało. Gorzej, że w ślad za tym nie poszły żadne znaczące pieniądze. Póki co, skromne stypendium Departamentu Sztuki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego plus okazjonalna pomoc krewnych wystarczają  jednak na przeżycie. Niestety, ministerialne subwencje, które ratowały budżet Przybyszewskiej zostają jej odebrane w 1933 roku w wyniku dość obrzydliwego szantażu. Kazimierz Papée, Komisarz Generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku chciałby wysłać uzależnioną od narkotyków pisarkę na leczenie psychiatryczne do zakładu w Kocborowie. Stawką jest  rządowe stypendium. Przybyszewska na kurację  nie wyraża zgody – od lat utrzymuje, że morfina nie szkodzi jej bardziej niż czarna kawa. Autorka „Sprawy Dantona” nie drze zresztą szat po utracie subwencji – cała oficjalna papierologia, którą była zmuszona w związku z tym prowadzić była dla niej jednoznaczna z utratą osobistej wolności.

„Zużyłam się”

    Ostatnie 2 lata życia to ewidentny zanik sił twórczych. Przybyszewską śmiertelnie zmęczyła praca nad „Sprawą Dantona”. Owszem, próbuje na nowo ulec pisarskiemu „opętaniu”, pracując nad powieścią „Trzy dni”, ale utworu nie kończy. Słabnie jej zapał epistolograficzny, zanika korespondencja z Iwi i poznańskimi znajomymi. Stanisława pisuje do ciotki, pod koniec życia także do Tomasza Manna, którego wielbi – nie zwraca się do niego inaczej niż „Mistrzu”. Helena Barlińska odwiedza siostrzenicę w jej gdańskiej samotni, próbując nakłonić ją do przeprowadzki do Warszawy. Bezskutecznie. Wolne  Miasto Gdańsk, choć tak nielubiane, prowincjonalne i zimne, jest częścią jej egzystencji. Stefania Augustyńska, choć jak pisze, nie mogła patrzeć jak ktoś tak wybitny  skazuje się na zagładę, również nie jest w stanie pomóc. Żelazna, fanatyczna konsekwencja Przybyszewskiej jest nie do ruszenia. W ostatnich latach życia pisarka zdaje się przeżywać coś w rodzaju religijnej, mistycznej przemiany. Pochłania otrzymaną od ciotki Biblię: „lektura Ewangelii oślepia (…) od tego skąpego (…) świadectwa sprzed 2000 lat bije straszliwe białe światło, którego niewiele wytrzymać można.”

Powoli gaśnie, jest już śmiertelnie, nieludzko wyczerpana. W listopadzie 1934 roku pisze do Tomasza Manna: „Zużyłam się, nadużyłam. Cóż… Wiem tylko jedno: już dłużej nie mogę”.

Od listopada  1934 roku do sierpnia kolejnego roku nic,  cisza. O ostatnich dziewięciu miesiącach życia pisarki nie wiemy nic.

Stanisława Przybyszewska umiera 14 sierpnia 1935 roku. Nie miała nawet 34 lat. Trzy dni później spoczęła na cmentarzu na gdańskim Stolzenbergu.

****

Dziś po tej najwybitniejszej gdańskiej pisarce nie został żaden materialny ślad: drewniany barak na dziedzińcu szkoły rozebrano, grób na cmentarzu zniszczyły działania wojenne 1945 roku, natomiast dokumenty, rękopisy i grafiki znajdziemy w archiwum w… Poznaniu. Nielubiane miasto zemściło się na autorce „Sprawy Dantona”. Stasia na długi czas pozostała zapomniana.  Przełomem stał się rok 1967, kiedy to Jerzy  Krasowski odnalazł w poznańskim archiwum rękopisy jej dramatów. Ponad 20 lat po jej śmierci w polskim teatrze znów można obejrzeć jej sztukę: „Sprawę Dantona” wystawia wrocławski Teatr Polski.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tyle pozostało z katolickiego cmentarza na Stolzenbergu (starym Chełmie), gdzie pochowano pisarkę…

Od tego momentu i od chwili wydania drukiem Dramatów (Wydawnictwo Morskie, 1975 rok) Przybyszewska zaczyna robić się „modna”. Przy dawnym Gimnazjum Polskim na Augustyńskiego, w pobliżu nieistniejącego baraku, w którym mieszkała, odsłonięty zostaje głaz z tablicą poświęcony jej pamięci. Nowopowstały Dom Kultury na osiedlu „Morena” nosi imię pisarki, w holu pojawia się kolejna pamiątkowa tablica patronki tego przybytku. O jej twórczości rozmawiają na Uniwersytecie Gdańskim prof. Maria Janion z młodym pokoleniem polonistów: Ewą Graczyk, Pawłem Huelle i innymi.  9 listopada 1981 roku gdański Teatr Wybrzeże wystawia „Sprawę Dantona” – niezwykły spektakl w inscenizacji Andrzeja Wajdy i ze scenografią Krystyny Zachwatowicz, zrealizowany w surowym gotyckim wnętrzu Wielkiego Młyna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dom Kultury na osiedlu Morena, przy ul. Nałkowskiej 3

Dwa lata później, w styczniu 1983 ma miejsce premiera filmu  Andrzeja Wajdy „Danton”. W obsadzie Depardieu, Seweryn, Pszoniak, scenografem jest Allan Starski, współscenarzystką Agnieszka Holland. Czołówka europejskiego kina.

Wierzę, że Stanisława, miłośniczka X Muzy, pobiegłaby na ten film. Miałaby 82 lata, ale i tak by pobiegła. Oby tym razem nie zapomniała zabrać zapasowej chusteczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pamiątkowa płyta przy dawnym Gimnazjum Polskim

Advertisements

One thought on “„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935) Cz. III

  1. Pingback: Piszą o Trójmieście - 31 marca 2013 r. - iBedeker

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s