„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935) Cz. II

„Pleśń i rdza”

   Stanisława zamieszkuje w prymitywnym baraku na dziedzińcu Gimnazjum (dzięki dyrekcji szkoły kwateruje tam za darmo). Jej adres do korespondencji  to Bastion Gertrud  13, potem 12. Właściwie jest tu niemal ładnie, budynek stoi równolegle do wału ziemnego, w okolicy sporo widoków i przyrody, przyjemne sąsiedztwo wyłaniających się zza obwałowań późnorenesansowych szczytów  Małej Zbrojowni. Jednak warunki bytowe są fatalne, pomieszczenia ciasne, wilgotne i nieogrzewane.  Ojciec jednego z jej uczniów  jest dyrektorem przedsiębiorstwa węglowego, dzięki czemu przez pewien czas Stanisława może porządnie ogrzewać swoje lokum; w innym przypadku, gdy opału brak, dotkliwie marznie, musi pisać w płaszczu, rękawiczkach, nierzadko pod pierzyną. Cienkie ściany drewnianego baraku, chłodne zachodnie wiatry, no i niemal namacalna, stojąca w powietrzu wilgoć powodują u pisarki coraz częstsze dolegliwości reumatyczne, co Przybyszewską unieruchamia na czasem wiele tygodni. „Mój pokój jest tak wilgotny, że trzewiki w szafie porastają pleśnią (…) bielizna wewnątrz komody jest ciężka od wilgoci (…) wszystkie metale rdzewieją. Z przerażeniem patrzę na coraz większe plamy rdzy na tej maszynie” – pisze w samym środku zimy do poznańskiej przyjaciółki.  Badaczka literatury, Maria Janion w słynnym gdańskim cyklu „Transgresje” posłużyła się taką  oto widowiskową metaforą przestrzeni, w której bytowała pisarka: „ Pleśń i rdza nadciągały nieubłaganie jak Czterej Jeźdźcy Apokalipsy, by zniszczyć świat naszego gdańskiego Hioba”.

Obrazek

W tym miejscu stał nieistniejący już barak, w którym mieszkała Przybyszewska

   Wydaje się jednak, że największe spustoszenie w świecie „gdańskiego Hioba” czyni  hałas. Położenie w samym środku szkolnego życia gwarantuje nieustanny zgiełk, który nastawioną na skupienie i pracę twórczą Stanisławę doprowadza do autentycznej histerii: „Hałas i wrzaski tutejszych uczniów są specjalnie nieprzyjemne z powodu ich niewiarygodnej ordynarności. Te głosy! Te akcenty!” – skarży się w liście. Irytują ją zresztą nie tylko gimnazjaliści, fatalnie znosi fałszywe nucenie służącej, dławi się z nienawiści opisując hałaśliwych gości z Polski, którzy latem zajmowali sąsiednie pokoje w barakach. Żeby móc pisać, zarywa noce, wtedy jest trochę ciszej; w ciągu dnia zapycha uszy stearyną. Tortura bezmyślnego, kakofonicznego hałasu, od którego nie ma praktycznie ucieczki skazuje na przymusowy urlop twórczy, uniemożliwiając  jakąkolwiek umysłową działalność.

Namiętność

   Coraz bardziej pogrąża się w programowej izolacji. „Zamieniam słowa mowy ludzkiej tylko z uczniem – i ze sklepikarzami, u których się prowiantuję” – pisze w styczniu 1929 roku ciotki w Warszawie. Prorokuje, że grozi jej osobista zagłada jeżeli pozwoli sobie „wydrzeć to dobro, większe od sytości, czystości, ciepła nawet; tę idealną zupełną samotność, w której wzrasta niewidzialna moja moc”. Odcina od siebie wszystko, co przykuwa ją do gdańskiego tu i teraz. Zafascynowana Rewolucją Francuską i postacią Maximiliena de Robespierre’a przenosi się mentalnie do osiemnastowiecznej Francji. Bariera czasu i przestrzeni przestaje istnieć, nad Motławą pozostaje jakby tylko cień pisarki; od pewnego momentu w nagłówkach jej listów pojawiają się daty dzienne zgodne z rewolucyjnym kalendarzem. „Odcięłam się od świata tak doszczętnie, że aż mnie czasem lęk przejmuje. Produktywność ma u mnie w ogóle jakąś mistyczną izolującą właściwość” – relacjonuje ciotce.

   Wychodzi rzadko, przemykając się jak cień po ulicach, wystawiona na kpiny i zaczepki uczniów . Głód i regularne dawki morfiny, od której jest uzależniona także nie ułatwiają kontaktu z rzeczywistością. Realne międzyludzkie relacje zastępuje  Przybyszewska bogatą korespondencją, pisze długie listy, których w większości ani nie kończy, ani nie wysyła.  Ma ledwie 27 lat a zupełnie wyrugowała ze swojego życia erotykę:  „Obawiam się, że nudziłaby mnie teraz w życiu, podobnie jak w literaturze” – oto jej zdanie na temat miłości. A przecież nie zawsze tak było, przed zamążpójściem Stanisława prowadziła, jak na tamte czasy, dość odważne i bogate życie erotyczne, między innymi w burzliwym związku z przemysłowcem Wacławem Dziabaszewskim. Teraz jednak bujna, romansowa młodość Stanisławy to już przeszłość. Wszelkie swoje niemal erotyczne uniesienia kieruje do „boga rewolucji” –   Robespierre’a.  Już wcześniej pokłóciła się o niego z ojcem i zerwała łączące ich stosunki (Przybyszewski nazwał rewolucjonistę „nędznym, głupim adwokatem”), teraz zaś zrozumienie i rehabilitacja tej postaci w dramacie „Sprawa Dantona”  stają się życiowym powołaniem, miłosną pasją młodej kobiety: „tkwi we mnie struna czy blaszka, która wydaje rezonans na głos Robespierre’a” – pisze.  „Nikomu, ani żywemu, ani fikcyjnemu nie dotrzymałam wierności tak długo” – dodaje.

 473px-Robespierre

 Maximilian de Robespierre (źródło:Wiki)

CDN.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s