„Latająca ryba”. Iwona Pieńkawa (1955-1975)

    Równo 38 lat temu, 31 marca 1975 roku, gdzieś na szosie pod Mławą zginęła tragicznie pewna dwudziestoletnia dziewczyna. Nazywała się Iwona Pieńkawa. Była żeglarką, córką kapitana Zdzisława Pieńkawy, uczestniczką regat okołoziemskich 1973/74, pierwszą Polką w historii, która opłynęła Przylądek Horn oraz autorką wspomnieniowej książki z tego rejsu „Otago, Otago, na zdrowie”.

    Iwona przygodę z żeglowaniem zaczęła już  jako 9-letnia dziewczynka. Patent sternika jachtowego zrobiła w wieku 16 lat, 2 lata później miała już stopień sternika morskiego. W 1973 roku stanęła przed szansą wielkiej życiowej przygody. Jachtklub Stoczni Gdańskiej postanowił zgłosić S/Y„Otago” (łódkę nazwaną tak na pamiątkę barku, którym dowodził Józef Conrad Korzeniowski) do Whitbread Round The World Race 1973-1974, okołoziemskich regat, rozgrywanych na trasie Portsmouth – Kapsztad – Sydney – Rio de Janeiro – Portsmouth (regaty te odbywają się do dziś, obecnie pod marką Volvo Ocean Race). Kapitanem jachtu ma być Zdzisław Pieńkawa, ojciec Iwony, a wśród załogi znajduje się między innymi Zygmunt Choreń, inżynier i późniejszy konstruktor słynnego „Daru Młodzieży”. Iwona strasznie chce płynąć z nimi. Co prawda oznacza to konieczność wzięcia urlopu dziekańskiego i stratę roku akademickiego (właśnie dostała się na architekturę na Politechnice Gdańskiej) ale dziewczyna jest zdeterminowana, wie, że taka szansa nieprędko ( o ile w ogóle) się powtórzy. „Mogę być czarną kanaką, kukiem [kucharzem], wszystkim się podporządkować, tylko mnie zabierzcie” – błaga ojca. Po co tak bardzo chce płynąć? „Dla przeżyć” – pisze w „Otago…” – „nowych silnych przeżyć. Bo tyle mamy z życia, ile przeżywamy”.

    Iwonie udaje się przekonać ojca – 25 sierpnia późnym wieczorem wypływa z Nowego Portu w stronę Portsmouth. Odprowadzają ją przyjaciele – wypalają wszyscy po pół papierosa, drugie pół zostawiając sobie na spotkanie po powrocie. Właściwe regaty rozpoczynają się 8 września. Startuje w nich 20 jednostek. Wybudowany w 1959 roku „Otago” jest jednym z najstarszych tutaj jachtów, wcześniej zbudowano tylko niemiecki „Peter von Danzig” (zresztą dla załogi, ten „prawie gdański” jacht jest głównym przedmiotem honorowej rywalizacji) i nie jest typowo regatowym jachtem, sukcesem będzie już ukończenie tej trasy.  Osiemnastoletnia Iwona Pieńkawa jest jedną z trzech kobiet uczestniczących w regatach.

Iwona Pieńkawa 1

„Widziałam siebie – moja sraczkowata czapeczka z białym pomponem, ciemne oczy, opalona twarz, złote kolczyki…”

    Atmosfera podczas rejsu jest dobra, ale ośmiomiesięczna żegluga i stłoczenie dziewięciu osób na małej powierzchni jest wyzwaniem dla cierpliwości i siłą rzeczy musi powodować napięcia. „Powiem Wam, jakie jest najgorsze więzienie: zamknąć dziewięć osób w klatce osiemnaście metrów długiej i cztery metry szerokiej, polewać od góry i z dołu wodą i dać im jeszcze trochę środków do życia” – tak miał podsumować tę sytuację Adam Michel, dziś architekt, wtedy jeden z „udręczonej” dziewiątki.  Iwonie jest jeszcze trudniej: jedyna kobieta, do tego najmłodsza wiekiem i stażem. Dnie w większości spędza w kambuzie, przygotowując posiłki dla załogi. Panowie traktują ją z sympatią, ale w żadnym razie nie zamierzają traktować jak damy.  Tak zwane świńskie dowcipy najwyraźniej fruwają ponad głowami w kajucie, skoro Iwona szybko stwierdza, że „kawały erotyczne szybko się nudzą. W końcu wszystko staje się symbolem męskiego członka: i czajnik, i parówki, i sznurowadła.” Czy możliwe jest, by w warunkach ograniczonej przestrzeni, na której ściśnięto kilkoro członków załogi, między Iwoną a grupą młodych przecież facetów nie było erotycznego napięcia? Autorka „Otago…” nic o tym nie wspomina. Autocenzura? Chyba raczej nie. „Zuzia”, jak na nią mówią, czuje się przede wszystkim żeglarzem, zżyma się na ciągłe podkreślanie, że jest kobietą: „Nie lubię tego podkreślania, że jedna dziewczyna (…) dziewięciu żeglarzy jest na Otago. Koniec.” Wścieka ją idiotyczny przesąd, że kobieta na jachcie przynosi pecha – jej racjonalni towarzysze niby w to nie wierzą, ale w razie jakichś kłopotów nie mogą powstrzymać się od sarkastycznych uwag pod jej adresem.

     Czas rejsu to dla Iwony przygoda życia, także intelektualna – na jacht zabrała ze sobą sporo ambitnych książek: Joyce’a, Witkacego, Vonneguta. Jest oczytaną, myślącą dziewczyną, ma niewątpliwy dryg do pisania, jej zdania są niejednokrotnie celne i dojrzałe. Ale jednocześnie, osiemnastolatka to jeszcze emocjonalny kocioł i  Iwonie zdarzają się zabawnie dziecinne stwierdzenia, gdy zastanawia się na przykład, czy współtowarzyszom (którzy czymś się narazili) nie napluć złośliwie do zupy. Po chwili stwierdza, że nie warto, skoro przecież i tak by o tym nie wiedzieli 🙂

    5 października o drugiej w nocy „Otago” mija równik. Na obowiązkowym chrzcie Iwona otrzymuje imię „Latająca ryba”. Bardzo przywiązuje się to tego miana, a załoga od tego momentu postanawia nie łapać tych morskich stworzeń i nie przygotowywać z nich posiłków. Pod koniec rejsu złamią ten zakaz, co Iwonę wścieknie i rozżali jednocześnie… Ciągnące się miesiące żeglugi urozmaicają krótkie pobyty w portach dzielących poszczególne etapy: Kapsztadzie, Sydney, Rio de Janeiro. Można wtedy wreszcie poczuć pod nogami stały ląd, wykąpać się, przeczytać listy z Polski, zwiedzać miasto i brać udział w dziesiątkach imprez, organizowanych dla uczestników tych prestiżowych regat.

    Prawdziwym jednak wyzwaniem i doświadczeniem jest opłynięcie Przylądka Horn, zwanego żeglarskim Mount Everestem i Nieprzejednanym – to tu Ocean Spokojny styka się z Atlantykiem. Na śmiałków czyhają tam huraganowe wiatry, wysoka i stroma fala a także sterczące z powierzchni wody skały. „Otago” jest piątym polskim jachtem w historii, który mija owiany złą sławą przylądek, a Iwona pierwszą Polką, która go opłynęła. Historyczny moment ma miejsce 5 lutego 1974 roku, o piątej rano. Iwona właśnie gotuje zupę mleczną…

    „Otago” ponownie wpływa na Atlantyk. To już ostatni etap żeglugi, przed nimi jeszcze postój w Rio de Janeiro, gdzie właśnie trwa słynny karnawał. Iwona jest nim jednocześnie oszołomiona i znużona – „ten rodzaj sztuki czy zabawy zupełnie mi nie odpowiada, męczy raczej, jest zbyt krzykliwy, jarmarczny” wspomina w książce. Zaczyna tęsknić za domem, Gdańskiem („jesteśmy na antypodach Gdańska, stykamy się podeszwami, dzieli nas tylko średnica ziemi”), wyobraża sobie zwykły dzień na ulicy Danusi we Wrzeszczu, gdzie mieszka: mamę, rodzeństwo, niedopitą kawę na stole, drzemiącego w kuchni psa.

    Iwona nie wstydzi się przyznać, że wielomiesięczna żegluga i żmudna praca czy to w kambuzie, czy na pokładzie staje się po jakimś czasie mecząca i monotonna. Wreszcie, 24 kwietnia o 10.00 „Otago” przekracza linię mety. Pomimo złamanego na Oceanie Indyjskim bezanmasztu zajmuje w wyścigu  trzynaste miejsce, jest nie tylko przed „Peterem von Danzig”, ale i przed „Copernicusem”, jachtem ze Yacht Clubu Stal Gdynia. 16 maja „Otago” wpływa do macierzystego portu, oficjalne powitanie załogi dopiero następnego dnia na Motławie. Ubrana galowo pod sztormiakami załoga udaje się do Ratusza, gdzie otrzymuje odznaczenia i występuje na specjalnej konferencji prasowej. Zmęczoną oficjalną pompą Iwonę wyciąga z Ratusza grupa przyjaciół: „wynieśli mnie na ramionach, jechałam przez cała Długą śmiejąc się, ciągle się śmiejąc, gubiłam kwiaty po drodze”.

   I taką ją, roześmianą i w kwiatach, zostawmy. Rok później, na kilkanaście dni przed swoimi dwudziestymi urodzinami, Iwona wraca swoim świeżo kupionym samochodem do Gdańska, na holu. W pewnym momencie, z nieznanych powodów, raptownie skręca w lewo, wpadając pod nadjeżdżający z przeciwka samochód. Ginie na miejscu.

   Pochowano ją na gdańskim cmentarzu Srebrzysko. Jej grób znajduje się po prawej stronie głównej alei, w drugim rzędzie, kawałek za charakterystycznym smoleńskim nagrobkiem Arama Rybickiego. Jeśli będziecie w pobliżu, nie zapomnijcie zapalić świeczki odważnej, głodnej wrażeń dziewczynie, która nie bała się walczyć o swoje marzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*

Postscriptum

W sierpniu 1976, na Morzu Barentsa, zatonął „Otago”, po  uprzednim zerwaniu się z kotwicowiska, zaś nazwany na pamiątkę żeglarki jacht „Iwona Pieńkawa” , po uprzednim opuszczeniu go przez załogę, zaginął na wodach Zatoki Biskajskiej….

Wszystkie cytaty pochodzą ze wspomnień I. Pieńkawy  „Otago, Otago na zdrowie”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy

„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935) Cz. III

Kino, brylanty, Gorgonowa

    Nikt tak nie tęskni za zdrowiem, jak chory; nikt tak nie pożąda pieniędzy, jak ci, którym ich boleśnie brak. Stanisława nie jest  przecież ascetką czy masochistką. Marzy o komforcie finansowym, o  braku długów i porządnej jajecznicy z kawą na śniadanie. Zdaje sobie sprawę, jak wiele pieniądze ułatwiają w życiu: „Pieniądz jest składnikiem życia jak krew, powietrze, woda” – pisze do Iwi Bennet. „Każdy nerw we mnie, każda komórka łakną pieniędzy, jak duszący się powietrza”. W 1929 roku zwierza się siostrze z osobliwej manii: codziennie pielgrzymuje na Hauptstrasse (tj. najpewniej na odcinek dzisiejszego Traktu św. Wojciecha), by na wystawie u jubilera podziwiać wyjątkowo piękny, dorodny ( i zapewne niebotycznie drogi) pierścionek z brylantem.

   Pozbawiona erotyki i odosobniona towarzysko (kompanii dotrzymuje jej tylko znaleziona na ulicy kotka) znajduje sobie jeszcze inną, tanią rozrywkę – kino. Na seanse filmowe przeznacza ostatnie pieniądze. Podziwia na ekranie Charlie Chaplina i Astę Nielsen, płacze na „The Last Command” Josepha von Sternberga z Emilem Janningsem, wycierając czerwoną, zapuchniętą twarz doszczętnie przemoczoną chusteczką. Ma chyba dobry gust filmowy – Jannings jest najsłynniejszym aktorem III Rzeszy i laureatem pierwszego w historii Oscara za rolę męską. Po latach, już po przejęciu miasta przez nazistów, uświetni swoją obecnością otwarcie kina Tobis Palast na Langgasse (dziś budynek kina Neptun).

his last command

  Plakat z filmu „The Last Command”, który tak zachwycił Przybyszewską.

   Z gdańskiej jaskini oprócz kinowych wzruszeń i seansów przed sklepem jubilera wyrwie ją, już niemal pod koniec życia, coś znacznie ważniejszego: żarliwa obrona Rity Gorgonowej, bohaterki najsłynniejszego procesu II RP, oskarżonej o dokonanie  okrutnego morderstwa na  Lusi  Zarembiance, córce swojego żonatego kochanka. Przybyszewska nie wierzy w jej winę (do dziś zresztą są co do tego poważne wątpliwości). Gorgonowa ma  jednak przeciwko sobie opinię publiczną. Jest cudzoziemką, obcą, przybłędą, do tego pozostającą w  grzesznym, nieuświęconym  prawem i sakramentem związku. Niewielu ma odwagę jej bronić. Wśród nich jest Przybyszewska, która w 1933 publikuje w „Wiadomościach Literackich” pełen pasji artykuł „Rita Gorgon, sprawa zastępcza”.

„Miałam szczęście, popadłam w opętanie”

   Kiedy nie siedzi w kinie i  nie podziwia na wystawie biżuterii, to pisze, pisze, pisze. Nie wierzy w  tzw. natchnienie, twórczość literacka to dla niej żmudna, konsekwentna dłubanina.  Pisząc, konsekwentnie realizuje założone plany – prowadzi specjalny zeszyt, w którym skrupulatnie notuje postęp prac . Swoje „dzieło życia”, „Sprawę Dantona”,  poświęconą konfliktowi Dantona i Robespierre’a, kończy dokładnie 9 marca 1929 roku. Dziękując siostrze za wsparcie finansowe udzielane podczas dwóch lat pisania sztuki („Bez Ciebie „Danton” przecież by nie powstał”) dodaje jeszcze: „poświęciłam się pracy i miałam szczęście, popadłam w to opętanie, w jakim jest się już tylko „piórem Pana Boga”; wszystko, co osobiste wymazałam, zapomniałam”. Jeszcze ostrzej Stanisława formułuje to w liście do Dziabaszewskiego, byłego kochanka  z lat młodości: „(…)niestety, nie posiadam innego życia poza tym. Niestety? Raczej dzięki Bogu. Czarna nędza, w jakiej żyję, to doprawdy niezbyt wysoka cena za posiadanie własnego życia. Niezbyt wysoka zapłata za możność napisania „Sprawy Dantona”. To nie  są słowa nieszczęśliwej, złamanej kobiety. To są słowa kobiety spełnionej, dumnej z ewidentnego literackiego dokonania. Oczywiście, cena sukcesu jest horrendalna, ale przecież Stanisława od początku była na nią gotowa. Jasne, ze wolałaby siedzieć w cieple i ciszy, a nie walczyć z uczniowskim wrzaskiem i zapleśniałym trzewikami, żyjąc na wieczną „kreskę” w pobliskim sklepie. Tylko, że nie okazało się to możliwe. Nie róbmy ze Stasi godnej politowania nieszczęśnicy, co to bezrozumnie lezie ku nieuchronnej zagładzie.  Przecież naprawdę chciała jej uniknąć – jednak nie za cenę wolności i decydowania o własnym życiu.

   Prapremiera „Sprawy Dantona” ma miejsce we Lwowie w roku 1931 i zrealizowana jest ze sporym rozmachem (specjalnie dla potrzeb przedstawienia skonstruowano  nawet obrotową scenę). Niestety, w wyniku personalnych konfliktów, sztuka zeszła z afisza po czterech przedstawieniach.  Dwa lata później „Sprawa Dantona” idzie w teatrze warszawskim, w reżyserii Aleksandra Zelwerowicza, z dobrymi rolami Jana Kreczmara i Kazimierza Junoszy-Stępowskiego. Odegrano ją 24 razy, niestety tutaj zaszkodziły jej spory polityczne wokół kontrowersyjnego, jak się wtedy wydawało, tematu. Więcej nie udało się osiągnąć, choć jak na młodą, stroniącą od „lansu” i mieszkającą na kulturalnej prowincji autorkę to było wcale niemało. Gorzej, że w ślad za tym nie poszły żadne znaczące pieniądze. Póki co, skromne stypendium Departamentu Sztuki Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego plus okazjonalna pomoc krewnych wystarczają  jednak na przeżycie. Niestety, ministerialne subwencje, które ratowały budżet Przybyszewskiej zostają jej odebrane w 1933 roku w wyniku dość obrzydliwego szantażu. Kazimierz Papée, Komisarz Generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Gdańsku chciałby wysłać uzależnioną od narkotyków pisarkę na leczenie psychiatryczne do zakładu w Kocborowie. Stawką jest  rządowe stypendium. Przybyszewska na kurację  nie wyraża zgody – od lat utrzymuje, że morfina nie szkodzi jej bardziej niż czarna kawa. Autorka „Sprawy Dantona” nie drze zresztą szat po utracie subwencji – cała oficjalna papierologia, którą była zmuszona w związku z tym prowadzić była dla niej jednoznaczna z utratą osobistej wolności.

„Zużyłam się”

    Ostatnie 2 lata życia to ewidentny zanik sił twórczych. Przybyszewską śmiertelnie zmęczyła praca nad „Sprawą Dantona”. Owszem, próbuje na nowo ulec pisarskiemu „opętaniu”, pracując nad powieścią „Trzy dni”, ale utworu nie kończy. Słabnie jej zapał epistolograficzny, zanika korespondencja z Iwi i poznańskimi znajomymi. Stanisława pisuje do ciotki, pod koniec życia także do Tomasza Manna, którego wielbi – nie zwraca się do niego inaczej niż „Mistrzu”. Helena Barlińska odwiedza siostrzenicę w jej gdańskiej samotni, próbując nakłonić ją do przeprowadzki do Warszawy. Bezskutecznie. Wolne  Miasto Gdańsk, choć tak nielubiane, prowincjonalne i zimne, jest częścią jej egzystencji. Stefania Augustyńska, choć jak pisze, nie mogła patrzeć jak ktoś tak wybitny  skazuje się na zagładę, również nie jest w stanie pomóc. Żelazna, fanatyczna konsekwencja Przybyszewskiej jest nie do ruszenia. W ostatnich latach życia pisarka zdaje się przeżywać coś w rodzaju religijnej, mistycznej przemiany. Pochłania otrzymaną od ciotki Biblię: „lektura Ewangelii oślepia (…) od tego skąpego (…) świadectwa sprzed 2000 lat bije straszliwe białe światło, którego niewiele wytrzymać można.”

Powoli gaśnie, jest już śmiertelnie, nieludzko wyczerpana. W listopadzie 1934 roku pisze do Tomasza Manna: „Zużyłam się, nadużyłam. Cóż… Wiem tylko jedno: już dłużej nie mogę”.

Od listopada  1934 roku do sierpnia kolejnego roku nic,  cisza. O ostatnich dziewięciu miesiącach życia pisarki nie wiemy nic.

Stanisława Przybyszewska umiera 14 sierpnia 1935 roku. Nie miała nawet 34 lat. Trzy dni później spoczęła na cmentarzu na gdańskim Stolzenbergu.

****

Dziś po tej najwybitniejszej gdańskiej pisarce nie został żaden materialny ślad: drewniany barak na dziedzińcu szkoły rozebrano, grób na cmentarzu zniszczyły działania wojenne 1945 roku, natomiast dokumenty, rękopisy i grafiki znajdziemy w archiwum w… Poznaniu. Nielubiane miasto zemściło się na autorce „Sprawy Dantona”. Stasia na długi czas pozostała zapomniana.  Przełomem stał się rok 1967, kiedy to Jerzy  Krasowski odnalazł w poznańskim archiwum rękopisy jej dramatów. Ponad 20 lat po jej śmierci w polskim teatrze znów można obejrzeć jej sztukę: „Sprawę Dantona” wystawia wrocławski Teatr Polski.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tyle pozostało z katolickiego cmentarza na Stolzenbergu (starym Chełmie), gdzie pochowano pisarkę…

Od tego momentu i od chwili wydania drukiem Dramatów (Wydawnictwo Morskie, 1975 rok) Przybyszewska zaczyna robić się „modna”. Przy dawnym Gimnazjum Polskim na Augustyńskiego, w pobliżu nieistniejącego baraku, w którym mieszkała, odsłonięty zostaje głaz z tablicą poświęcony jej pamięci. Nowopowstały Dom Kultury na osiedlu „Morena” nosi imię pisarki, w holu pojawia się kolejna pamiątkowa tablica patronki tego przybytku. O jej twórczości rozmawiają na Uniwersytecie Gdańskim prof. Maria Janion z młodym pokoleniem polonistów: Ewą Graczyk, Pawłem Huelle i innymi.  9 listopada 1981 roku gdański Teatr Wybrzeże wystawia „Sprawę Dantona” – niezwykły spektakl w inscenizacji Andrzeja Wajdy i ze scenografią Krystyny Zachwatowicz, zrealizowany w surowym gotyckim wnętrzu Wielkiego Młyna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dom Kultury na osiedlu Morena, przy ul. Nałkowskiej 3

Dwa lata później, w styczniu 1983 ma miejsce premiera filmu  Andrzeja Wajdy „Danton”. W obsadzie Depardieu, Seweryn, Pszoniak, scenografem jest Allan Starski, współscenarzystką Agnieszka Holland. Czołówka europejskiego kina.

Wierzę, że Stanisława, miłośniczka X Muzy, pobiegłaby na ten film. Miałaby 82 lata, ale i tak by pobiegła. Oby tym razem nie zapomniała zabrać zapasowej chusteczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pamiątkowa płyta przy dawnym Gimnazjum Polskim

Kadisz Maszy Kaléko (1907-1975)

    Wystarczy przekroczyć bramę.  I gdańska ulica 3 Maja ze swoim miejskim zgiełkiem, szumem samochodów, zgrzytem tramwajów i dudnieniem dworcowych megafonów zostaje w tyle, choć przecież nie dzieli nas od niej żadna lita przeszkoda, żaden ceglany czy betonowy mur. Wkraczamy w obszar osobliwej, kojącej ciszy.

Obrazek

    Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy. Ten niezwykły pomnik, usytuowany u podnóża Góry Gradowej, w miejscu zlikwidowanego Cmentarza Bożego Ciała, stał się symbolicznym miejscem pochówku wszystkich, którzy na gdańskiej ziemi mieszkali i na niej spoczęli – protestantów, katolików, muzułmanów, Żydów. Niemców oraz Polaków. Ich cmentarze zniszczyła historia – i to niekoniecznie ta wojenna, gwałtowna i dramatyczna. Większość przedwojennych nekropolii zabił czas i ludzka obojętność. Żywi wyjechali opuszczając swych zmarłych. Groby pozostawione same sobie, niszczały. Metalowe ogrodzenia, granitowe elementy i nagrobne płyty tajemniczo znikały, by stać się elementem miejskiej lub ogrodowej przestrzeni. Dzieci świętokradczo bawiły się szczątkami ludzkich szkieletów. Księża w większości milczeli. Część starych nekropolii rozryto, jak w Brętowie, pod budowę nowego miejsca kultu. Cmentarze zmieniały się w parki i miejskie zieleńce.

    Pamięć i szacunek powróciły dopiero pod koniec ubiegłego stulecia. To wtedy, w  maju 2002 roku, przy okazji Światowego Zjazdu Gdańszczan, odsłonięto i udostępniono mieszkańcom i przyjezdnym ten mały (a jednocześnie bezkresny) skrawek przestrzeni. Wśród wiecznie zielonych pnączy złożono płyty nagrobne z nieistniejących cmentarzy, zaś punktem centralnym stała się spoczywająca na szczątkach nagrobków granitowa płyta z obiegającą ją inskrypcją: „…tym, co imion nie mają na grobie, a tylko Bóg wie, jak kto się zowie…”. Autorką tych przejmujących słów jest żydowska poetka, Masza Kaléko, a zacytowany fragment pochodzi z  jej opublikowanego w 1942 roku wiersza „Kadisz”.

 Obrazek

    Kim była Masza Kaléko?

    Urodzona w 1907 roku w Chrzanowie (jako Golda Małka Aufen) i zmarła w Zurychu w roku 1975 poetka zapewne nigdy w Gdańsku nie była, jednak  przez całe swoje życie, pomimo wiecznej emigracji, obracała się w kręgu kulturowym tożsamym z tym, w którym tkwili również gdańscy Żydzi. To świat niemieckiej kultury i języka  – Masza Kaléko do końca, nawet w USA i w Izraelu, będzie tworzyć w języku Goethego. Niemiecki, w tym także gdański Żyd był oddanym ojczyźnie patriotą (wielu synów Izraela ofiarnie ginęło na frontach I Wojny Światowej) który nazistowski terror odczuł szczególnie boleśnie, jako wykluczenie z absolutnie dotychczas akceptowanej ojczyzny.

    Ukochanym miejscem na ziemi był dla Maszy Kaléko Berlin. Uciekając jako kilkuletnia dziewczynka wraz z rodzicami przed pogromami w Galicji, przyszła poetka trafia najpierw do Frankfurtu, a potem po 1918 roku, do Berlina. Lata dwudzieste w tym mieście to dla młodej dziewczyny piękny czas. Obraca się w kręgu charyzmatycznych berlińskich twórców awangardy, poznaje Bertolda Brechta i Ericha Kastnera (tego od „35 maja” i „Emila i detektywów”), pisze teksty do kabaretów. Tutaj także debiutuje w 1933 roku tomikiem „Zeszyt lirycznych stenogramów”. W 1928 wychodzi za mąż za nauczyciela języka hebrajskiego Saula Aarona Kaléko. Jego nazwisko, pomimo, przeprowadzonego 10 lat później rozwodu, będzie nosić do końca życia. Po 1933 roku i dojściu nacjonalistów do władzy, wokół Żydów i innych „środowisk nieprawomyślnych” zaciska się pętla terroru. Rozpoczyna się publiczne palenie „niewłaściwej” literatury. Kaléko zdąży jeszcze opublikować jeden tomik, by w 1936  zostać ostatecznie objęta zakazem publikacji. Z faszystowskich Niemiec ucieka w ostatniej niemal chwili: opuszcza Berlin ze świeżo poślubionym drugim mężem Chemjo Vinaverem i ich dwuletnim synkiem Eviatarem. Udają się do Stanów Zjednoczonych – w marcu 1938 roku docierają do Nowego Jorku. Próbują się zaaklimatyzować w nowej ojczyźnie: piękne, biblijne imię syna zmieniają na bardziej swojsko brzmiące Steven. Masza utrzymuje rodzinę pisząc teksty reklamowe – Chemjo nigdy nie nauczy się angielskiego. Oboje w 1944 otrzymują amerykańskie obywatelstwo. Jednak męża Maszy ciągnie do prawdziwej ojczyzny, do ziemi obiecanej. W 1959 wyjeżdżają do nowopowstałego państwa Izrael. Pomimo przebywania „wśród swoich” poetka nie czuje się tu najlepiej, tym bardziej, że ukochany syn pozostał w Stanach. Oboje z mężem, jak wszyscy Żydzi, z uwagą obserwują toczący się tu od 1961 roku proces  odpowiedzialnego za Holocaust Adolfa Eichmanna. Przy okazji tego procesu los pośrednio zetknie poetkę z Gdańskiem, miastem, w którym pół wieku później pojawią się przejmujące słowa jej wiersza: przewodniczącym składu sędziowskiego jest Mosze Landau, gdańszczanin, syn lekarza i działacza ruchu syjonistycznego Izaaka Landaua, urodzony w Wolnym Mieście w 1912 roku. Rodzina Landau opuściła coraz bardziej niegościnny dla nich Gdańsk w 1933 roku, zaś Mosze studia prawnicze ukończył w Londynie.

 Obrazek

    Także w Izraelu spotyka Maszę Kaléko nieoczekiwany cios: w wieku 31 lat umiera ukochany syn, początkujący reżyser Steven Vinaver. Po jego śmierci złamana poetka pisze przejmującą „Elegię dla Stevena”. Pięć lat później odchodzi Chemjo Vinaver, wdowa zostaje na świecie zupełnie sama… Przyszło to, czego w błyskach dławiącego przeczucia obawiała się od wielu lat: „Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję/A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy/jakże mam żyć, jeśli porzucą mnie wszyscy ?(…)/Odejście boli dwakroć mniej niż pozostanie” – napisała w wierszu Memento.

 Obrazek

    Po śmierci męża nic Maszy nie trzyma już na ziemi przodków. Wyjeżdża do Europy, wraca do ukochanego Berlina. Myśli, by zamieszkać tam ponownie i dożyć tam kresu swoich dni. Nie udaje się. Umiera w Zurychu w 1975 roku, pokonana  przez nowotwór żołądka. Czy nad jej grobem odmówiono kadisz – żydowską modlitwę odmawianą na pogrzebach?  Nie wiem.

    Ukochany Berlin uczcił swoją poetkę pamiątkową tablicą w podmiejskim Charlottenburgu.

 *****

Korzystałam m. in z artykułu Joanny Roszak „Na ojczyznę wybrała język” zamieszczonym w żydowskim kwartalniku „Cwiszn”.

Fragmenty wierszy Maszy Kaléko w przekładzie Ireny Kuran-Boguckiej.

„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935) Cz. II

„Pleśń i rdza”

   Stanisława zamieszkuje w prymitywnym baraku na dziedzińcu Gimnazjum (dzięki dyrekcji szkoły kwateruje tam za darmo). Jej adres do korespondencji  to Bastion Gertrud  13, potem 12. Właściwie jest tu niemal ładnie, budynek stoi równolegle do wału ziemnego, w okolicy sporo widoków i przyrody, przyjemne sąsiedztwo wyłaniających się zza obwałowań późnorenesansowych szczytów  Małej Zbrojowni. Jednak warunki bytowe są fatalne, pomieszczenia ciasne, wilgotne i nieogrzewane.  Ojciec jednego z jej uczniów  jest dyrektorem przedsiębiorstwa węglowego, dzięki czemu przez pewien czas Stanisława może porządnie ogrzewać swoje lokum; w innym przypadku, gdy opału brak, dotkliwie marznie, musi pisać w płaszczu, rękawiczkach, nierzadko pod pierzyną. Cienkie ściany drewnianego baraku, chłodne zachodnie wiatry, no i niemal namacalna, stojąca w powietrzu wilgoć powodują u pisarki coraz częstsze dolegliwości reumatyczne, co Przybyszewską unieruchamia na czasem wiele tygodni. „Mój pokój jest tak wilgotny, że trzewiki w szafie porastają pleśnią (…) bielizna wewnątrz komody jest ciężka od wilgoci (…) wszystkie metale rdzewieją. Z przerażeniem patrzę na coraz większe plamy rdzy na tej maszynie” – pisze w samym środku zimy do poznańskiej przyjaciółki.  Badaczka literatury, Maria Janion w słynnym gdańskim cyklu „Transgresje” posłużyła się taką  oto widowiskową metaforą przestrzeni, w której bytowała pisarka: „ Pleśń i rdza nadciągały nieubłaganie jak Czterej Jeźdźcy Apokalipsy, by zniszczyć świat naszego gdańskiego Hioba”.

Obrazek

W tym miejscu stał nieistniejący już barak, w którym mieszkała Przybyszewska

   Wydaje się jednak, że największe spustoszenie w świecie „gdańskiego Hioba” czyni  hałas. Położenie w samym środku szkolnego życia gwarantuje nieustanny zgiełk, który nastawioną na skupienie i pracę twórczą Stanisławę doprowadza do autentycznej histerii: „Hałas i wrzaski tutejszych uczniów są specjalnie nieprzyjemne z powodu ich niewiarygodnej ordynarności. Te głosy! Te akcenty!” – skarży się w liście. Irytują ją zresztą nie tylko gimnazjaliści, fatalnie znosi fałszywe nucenie służącej, dławi się z nienawiści opisując hałaśliwych gości z Polski, którzy latem zajmowali sąsiednie pokoje w barakach. Żeby móc pisać, zarywa noce, wtedy jest trochę ciszej; w ciągu dnia zapycha uszy stearyną. Tortura bezmyślnego, kakofonicznego hałasu, od którego nie ma praktycznie ucieczki skazuje na przymusowy urlop twórczy, uniemożliwiając  jakąkolwiek umysłową działalność.

Namiętność

   Coraz bardziej pogrąża się w programowej izolacji. „Zamieniam słowa mowy ludzkiej tylko z uczniem – i ze sklepikarzami, u których się prowiantuję” – pisze w styczniu 1929 roku ciotki w Warszawie. Prorokuje, że grozi jej osobista zagłada jeżeli pozwoli sobie „wydrzeć to dobro, większe od sytości, czystości, ciepła nawet; tę idealną zupełną samotność, w której wzrasta niewidzialna moja moc”. Odcina od siebie wszystko, co przykuwa ją do gdańskiego tu i teraz. Zafascynowana Rewolucją Francuską i postacią Maximiliena de Robespierre’a przenosi się mentalnie do osiemnastowiecznej Francji. Bariera czasu i przestrzeni przestaje istnieć, nad Motławą pozostaje jakby tylko cień pisarki; od pewnego momentu w nagłówkach jej listów pojawiają się daty dzienne zgodne z rewolucyjnym kalendarzem. „Odcięłam się od świata tak doszczętnie, że aż mnie czasem lęk przejmuje. Produktywność ma u mnie w ogóle jakąś mistyczną izolującą właściwość” – relacjonuje ciotce.

   Wychodzi rzadko, przemykając się jak cień po ulicach, wystawiona na kpiny i zaczepki uczniów . Głód i regularne dawki morfiny, od której jest uzależniona także nie ułatwiają kontaktu z rzeczywistością. Realne międzyludzkie relacje zastępuje  Przybyszewska bogatą korespondencją, pisze długie listy, których w większości ani nie kończy, ani nie wysyła.  Ma ledwie 27 lat a zupełnie wyrugowała ze swojego życia erotykę:  „Obawiam się, że nudziłaby mnie teraz w życiu, podobnie jak w literaturze” – oto jej zdanie na temat miłości. A przecież nie zawsze tak było, przed zamążpójściem Stanisława prowadziła, jak na tamte czasy, dość odważne i bogate życie erotyczne, między innymi w burzliwym związku z przemysłowcem Wacławem Dziabaszewskim. Teraz jednak bujna, romansowa młodość Stanisławy to już przeszłość. Wszelkie swoje niemal erotyczne uniesienia kieruje do „boga rewolucji” –   Robespierre’a.  Już wcześniej pokłóciła się o niego z ojcem i zerwała łączące ich stosunki (Przybyszewski nazwał rewolucjonistę „nędznym, głupim adwokatem”), teraz zaś zrozumienie i rehabilitacja tej postaci w dramacie „Sprawa Dantona”  stają się życiowym powołaniem, miłosną pasją młodej kobiety: „tkwi we mnie struna czy blaszka, która wydaje rezonans na głos Robespierre’a” – pisze.  „Nikomu, ani żywemu, ani fikcyjnemu nie dotrzymałam wierności tak długo” – dodaje.

 473px-Robespierre

 Maximilian de Robespierre (źródło:Wiki)

CDN.