„Zastrzegam sobie wyłączne posiadanie swojego życia”. Stanisława Przybyszewska (1901-1935). Cz. I

 Obrazek

   Kiedy patrzę na jej nieliczne zachowane zdjęcia, uderza mnie jaką była nieprzeciętnie ładną kobietą: piękne, wyraziste ciemne oczy, harmonijne rysy, łagodne, pełne usta. Taką twarz mógł malować Witkacy, z taką urodą  zdobywa się salony i adoratorów, przebiera w sukienkach, kapeluszach, brylantach i zagranicznych wojażach.

   Stanisława wymyśliła dla siebie jednak całkiem odmienny los. Z chłodną konsekwencją skazała się na biedę i osamotnienie w imię jednej jedynej wartości, jaką była dla niej wolność tworzenia. Ewa Graczyk, jedna z badaczek jej twórczości orzekła trafnie: „Nie ma pisarza, który zdecydowałby się przeprowadzić na sobie tak bezwzględny eksperyment egzystencjalny jak Przybyszewska”.

   Kim była? Córką „smutnego szatana”, niedocenianą za życia pisarką, nieszczęśnicą i narkomanką dogorywającą w biedzie i zapomnieniu w urągających człowieczeństwu warunkach? Taki obraz do niej przylgnął  i choć tworzy efektowną legendę „poety przeklętego”, z prawdą o Stanisławie niewiele ma wspólnego. Jak bardzo dramatyczne nie byłoby jej życie, sama je sobie zaplanowała i starannie wyreżyserowała. Miała poczucie, że robi to, do czego jest stworzona. Ilu z nas, tak szczerze, ma ten luksus?

Początki

   Późniejsza pisarka, autorka sfilmowanej przez Wajdę „Sprawy Dantona” przychodzi na świat na świat w Krakowie, u progu  XX wieku, 1 października  1901. Jest owocem przelotnego romansu  lwowskiej malarki Anieli Pająkówny oraz Stanisława Przybyszewskiego, znanego pisarza i skandalisty. Ojca poznaje dopiero w wieku 18 lat. Bliższa relacja córki i ojca, jakkolwiek niewątpliwie intensywna, jest krótkotrwała i na formację intelektualną Przybyszewskiej nie będzie mieć decydującego wpływu. Stanisława to bardziej córka Anieli –  o matce  wyrażać się będzie ciepło i z podziwem, doceniając  jej samotne macierzyństwo, nietypowo dla tamtych czasów  dalekie od heroizmu i wstydu. Z matką podróżują po Europie – Wiedeń, Zurych, Monachium, w końcu Paryż. Niestety, Aniela umiera w 1912 roku. Jedenastoletnią Stasią zajmuje się najpierw Wacław Moraczewski, przyjaciel obojga jej rodziców, a potem jej wujostwo: Helena i Marcin Barlińscy. Dziewczyna odbiera staranne wykształcenie, uczęszcza do prywatnych szkół w Zurychu i Wiedniu, zna  biegle kilka języków. Interesuje ją wszystko: i nauki ścisłe, i muzyka (zaczyna studia w poznańskim konserwatorium), maluje, zaczyna pisać. Jeszcze nie wie, kim jest i co wybierze, na razie żarliwie korzysta z możliwości i z talentów, którymi obdarzyła ją natura. Próbuje stałych posad jako urzędniczka, nauczycielka, czy pracowniczka księgarni ale już wtedy wie, że to nie dla niej. „Pracę najemną nazywamy robotą lub pańszczyzną, ale nigdy pracą” napisze kilka lat później.

   W Gdańsku pojawia się w czerwcu 1923 roku, wraz ze świeżo poślubionym mężem, Janem Panieńskim, swoim przyjacielem jeszcze z okresu poznańskich studiów i jednym z admiratorów jej ojca. Jan pracuje w słynnym Gimnazjum Polskim przy Am Weissen Turm 1 (dziś Augustyńskiego) jako nauczyciel fizyki i matematyki. Trudno dziś jednoznacznie określić charakter tego małżeństwa; wielkiej namiętności raczej  tam nie było. „Zżyłam się z Jankiem tak, jak się tego nigdy nie spodziewałam (…) pobraliśmy się jedynie dlatego, że samotność stała nam się obojgu zbyt ciężką” – pisze Stanisława do ciotki Barlińskiej w styczniu 1924 roku. Przy tym młoda żona bardzo obawia się niechcianej ciąży – „tego nigdy nie chciałam i bardzo stanowczo nie chcę, więc przygnębiający strach dźwigałam jak kamień młyński przez dzień, nawet sny obracały się dokoła tego tematu”.

   Sam Gdańsk się Przybyszewskiej od początku nie podoba. Dobija ją szczególnie „rozpaczliwa martwota naszego otoczenia, w którym nie  ma ani woni kultury jakiejkolwiek”. Oboje z Janem nie czują się najlepiej w mieście nad Motławą, nie pasują tutaj. Ich odczyty w  miejscowym Towarzystwie Przyjaciół Nauki i  Sztuki jako „antyreligijne i antypaństwowe” zostają poddane cenzurze,  obce jest im także tradycyjne i patriotyczne środowisko nauczycielskie w słynnym Gimnazjum Macierzy Polskiej. Stanisława do końca będzie narzekać na miernotę intelektualną tego środowiska, wyjątek czyniąc tylko dla Stefanii Augustyńskiej, żony dyrektora. Klimat „oblężonej twierdzy”, zrozumiały w kontekście przygniatającego żywiołu niemieckiego jest nie do zniesienia dla Przybyszewskiej-kosmopolitki, która praktycznie całe dzieciństwo i wczesną młodość spędziła poza granicami kraju. W przeciwieństwie do ojca, który szczerze oddał się polskiej sprawie w Wolnym Mieście, Stanisława społeczność tę nazywa „odrażającą polską kolonią”, zaś wiarę rodaków „drobnomieszczańskim katolicyzmem kuchennym”.

ObrazekGimnazjum Polskie, dziś Centrum Kształcenia Ustawicznego – tu uczył Jan Panieński

   Panieński, choć formalnie nauczyciel przedmiotów ścisłych, czuje się jednak przede wszystkim malarzem. W sierpniu 1925 roku przerywa szkolną „pańszczyznę” i wyjeżdża do Paryża, by tam poszerzać swoje doświadczenia artystyczne. Tam niespodziewanie umiera, w do dziś do końca nie wyjaśnionych okolicznościach, z których najczęściej wymienianym jest przedawkowanie narkotyków. Dla osamotnionej Przybyszewskiej rozpoczyna się teraz, z ludzkiego punktu widzenia, najbardziej dramatyczne, ostatnie 10 lat życia. Z perspektywy artystycznej ( a od pewnego momentu żadna inna Stanisławy nie obchodzi) to najlepszy, najintensywniejszy, najbardziej twórczy okres. Po latach poszukiwań wie wreszcie, że jej prawdziwym powołaniem jest pisanie. I stawia od tej pory wszystko na jedną kartę. Decyduje się pozostać w Gdańsku, choć nie musi. Być może w mieście nad Motławą trzyma ją dr Paul Ehmke, który bez większych oporów przepisuje jej coraz większe dawki morfiny ( i który niespełna 10 lat później podpisze się pod jej aktem zgonu…). Nie podejmuje regularnej pracy zawodowej, choć może być urzędniczką, nauczycielką w szkole powszechnej, stenotypistką. Unika „pańszczyzny” nie tylko z odrazy do „etatu”, jak byśmy to dziś powiedzieli, ale przede wszystkim dlatego, że żmudny wysiłek codziennej pracy zarobkowej odciągnąłby ją od pisania. „Nie przyjęłam posad biurowych, jakie mi po trzykroć ofiarowano (…) trzeba mieć cały dzienny zasób swych sił do rozporządzenia, jeśli się człowiek chce ważyć pracować produktywnie” – to znowu z listu do ciotki Barlińskiej. Z czego więc żyje, bo przecież jeść trzeba? Zmuszona jest udzielać prywatnych lekcji. Zarobek to jednak doraźny i niepewny, w żaden sposób nie gwarantuje choćby minimum przeżycia. Nie dałaby rady, gdyby nie pomoc finansowa ciotki Heleny i przyrodniej siostry, Iwi Bennet. Iwi, bratnia dusza ( i przy okazji żona zamożnego duńskiego barona) praktycznie co miesiąc przesyła jej pieniądze, dzięki czemu Stanisława unika sprzedaży lub zastawienia maszyny do pisania, rzeczy w jej życiu materialnie najważniejszej: przecież nikt, komu wysyła do oceny swoje literackie próby, nie będzie ślęczał nad rękopisami…

CDN…