Olga, Ewa i Irena, czyli łątki, na które uwziął się los

  Przez prawie pięćdziesiąt lat spały w kufrze na strychu. Zapomniane, choć są pozostałością niezwykłej kolekcji  i wiążą się nieodłącznie z początkiem teatru „Miniatura” we Wrzeszczu. Dziś, po wielu latach ożyły ponownie, stając się dla dzieci i dorosłych źródłem prostej ale chwytającej za serce magii. Mowa o marionetkach, lalkach, zwanych po staropolsku łątkami. Słowo to w dawnej polszczyźnie oznacza też ważkę – marionetki dzielą z nimi ten zwiewny, kruchy, delikatny urok.

   Unikatową kolekcję niciowych marionetek można oglądać w Pałacu Opatów w Oliwie do 13 września tego roku. Wszystkie lalki pochodzą z Wileńskiego Teatru Łątek, przeniesionego po wojnie do Gdańska i działającego tutaj do lat pięćdziesiątych. Twórczyniami teatru, reżyserkami, scenografkami, wykonawczyniami lalek i ich animatorkami były Olga, Ewa i Irena Totwen.

   Cała ta historia zaczyna się od Olgi z domu Dobużyńskiej, matki Ewy i Ireny. Ta urodzona w 1895 roku w Wilnie artystka była przyrodnią siostrą malarza Mścisława Dobużyńskiego, który zaraził ją pasją do teatru, szczególnie tego marionetkowego. Sam współpracował z rosyjskim teatrem eksperymentalnym. Podobno już wtedy, w 1916 roku Olga asystowała bratu podczas przedstawień w Moskwie i Petersburgu. Potem wciągnęło ją życie codzienne – w 1918 roku wyszła za mąż za aplikanta adwokackiego Stanisława Totwena, na świat przyszły dwie córki, kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania, by w 1925 roku ponownie zawitać do Wilna. Tu zapomniana pasja rozkwitła na nowo. Sprzyjała temu bliskość Teatru Wielkiego oraz zdolności starszej córki Ewy, która już jako dziewczynka zaczęła konstruować filigranowe ale bardzo precyzyjnie wykonane figurki i scenki. Materiałem do nich mogło być niemal wszystko: sznurki, nici, drut, koraliki, tkanina czy papier. Jej wuj Mścisław, zachwycony tymi kompozycjami pisał: „ Jesteśmy oczarowani fotografiami Twoich figurek , które nazywam „rzeźbami” pomimo tego, że są wykonane z delikatnych i dziwnych materiałów  – są plastyczne i ekspresyjne, a formy są bardzo wyraziste (…) Doprawdy masz ręce artysty (…).” Sama Ewa, jako 19-letnia dziewczyna zanotowała w swoim dzienniku: „Chcę być niezależna (…)To nic, że jestem kobietą, będę pracowała tak, jak mężczyzna”.

lekcja śpeiwu„Lekcja śpiewu” – wileńskie „rzeźby” Ewy Totwen

   W 1936 roku, po latach nauki i przygotowań, trzy panie Totwen zakładają swój pierwszy teatr, dwa lata później Ewa rozpoczyna studia na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. W domu Totwenek, jak je nazywano, powstają pierwsze lalki, początkowo wykonane z tkanin z głowami z masy papierowej, później rzeźbione w drewnie kozikiem lub stolarskim dłutem. Początkowy rozpęd wyhamowuje wybuch wojny, ale prace nie ustają, Ewa kontynuuje studia artystyczne, zaś działający od 1937 roku Tieatr Junowo Zritiela (Teatr Młodego Widza) proponuje Oldze Totwenowej stworzenie w placówce sekcji marionetkowej. Do końca wojny uda się jednak przygotować tylko jeden spektakl, „Nowe szaty króla” wg baśni H. Ch. Andersena, wystawiony po raz pierwszy 30 marca 1941 roku. Potem do Wilna wkraczają wojska niemieckie. Totwenki,  zmuszone do ucieczki, resztę wojny spędzają w zagubionej w lasach leśniczówce w Santoce. Tutaj Irena, młodsza z sióstr, napisze bajkę „O gwiazdce z nieba”, która stanie się później najważniejszym spektaklem teatru Totwenek, granym przez wszystkie lata jego działania. Grażyna Totwen-Kilarska z gdańskiej ASP, córka Ewy, spadkobierczyni kolekcji i kontynuatorka teatralnej tradycji wspomina, że Irena, przygnębiona wojenną rzeczywistością chciała stworzyć sztukę, w której diabły i strachy, na pozór groźne, w rzeczywistości są skapcaniałe, zrezygnowane, niemal poczciwe, nie wytrzymujące porównania z prawdziwymi diabłami toczącej się na wielu frontach wojny.

   Na początku 1945 Totwenki podejmują decyzję o repatriacji. Wyruszyły w drogę ze składaną scenką, częścią ocalałych marionetek i resztką mebli. Opuszczając na zawsze rodzinne miasto, postanowiły nadać swojemu teatrzykowi nazwę „Wileński Teatr Łątek”. Początkowo trafiają do Białegostoku, gdzie w maju po raz pierwszy, w reżyserii Hanki Bielickiej, wystawiono sztukę Ireny „O gwiazdce z nieba”. Dalsza ich droga wiodła do Łodzi, gdzie miały nadzieję osiąść na dłużej. Niestety, tu natrafiły na swojego głównego artystycznego przeciwnika i chyba nawet osobistego wroga, lalkarza Henryka Ryla, które jeszcze wiele razy będzie starał się psuć im zawodowe szyki. Czy chodziło mu o artystyczny (czy może raczej ideologiczny) spór? Walkę o władzę? Czy może po prostu o chęć pozbycia się niechcianej, a groźnej konkurencji? Zapewne o wszystko po trochu. Atmosfera wokół Wileńskiego Teatru Łątek, pomimo dobrych recenzji prasowych, robiła się dziwnie ciężka. W 1947 roku Jan Żejmo, dyrektor administracyjny, rzucił myśl: może spróbujmy na Wybrzeżu?

   Gdańsk na początku  przyjął teatr łątek z otwartymi ramionami – udostępniono mu salę do grania i garderobę, paniom zaś przydzielono do zamieszkania powierzchnię na strychu – wszystko w budynku dawnej hali widowiskowej na ówczesnej Al. Rokossowskiego 15 (dziś stoi tam gmach Opery Bałtyckiej). Już w Boże Narodzenie tego samego roku odbyło się pierwsze przedstawienie teatrzyku: „Najszczęśliwsza z sióstr” wg Ewy Szelburg-Zarembiny, zaś niecały rok później Wileński Teatr Łątek mógł się pochwalić kolejną premierą, tym razem „Krasnoludki idą w świat” wg Marii Konopnickiej. W międzyczasie szlifują i udoskonalają andersenowskiego „Słowika”, którego zaczęły wystawiać jeszcze w Łodzi. Na to właśnie przedstawienie trafił zafascynowany kulturą Chin ówczesny minister Kultury i Sztuki, Włodzimierz Sokorski. Dzięki jego interwencji Totwenki otrzymały nowe, obszerniejsze lokum w willi „Pod magnoliami” należącej wówczas do urzędu konserwacji zabytków, zaś sam teatrzyk przeniesiono do budynku w którym „Miniatura” znajduje się do dziś. Panie miały dużo szczęścia, że panu ministrowi „Słowik” się spodobał. Podobno dla innych partyjnych bonzów baśń o cesarzu – „imperialiście” okazywała się politycznie podejrzana. Szczególną nieufność wzbudziła ponoć scena, w której uzdrowiony przez słowika cesarz nakazuje „zniszczyć wszystkie klatki w swoim państwie”…

najszczęśliwasza z sióstr

   Afisze teatralne „Najszczęśliwszej z sióstr”

   Rok 1948 był dla teatru dobry. Kolejny – już nie. Przede wszystkim, ubywa jednej Totwenki: Irena decyduje się na opuszczenie sceny i Gdańska w ogóle. Wyjeżdża do Łodzi, gdzie studiuje biologię. Dziedzinie tej pozostała do końca wierna – zrobiła doktorat i aż do lat 80-tych pracowała w Instytucie Biologii Doświadczalnej PAN w Warszawie. Po drugie, rozpoczynają się czasy, w których nawet działalność teatralna podlega swoistym normom produkcyjnym – „roczny plan pracy na odcinku kulturalnym” przewidywał wystawienie trzystu przedstawień. Tymczasem gdański zespół, osłabiony odejściem Ireny liczył łącznie ośmiu początkujących aktorów. Wyszkolenie lalkarza wymaga kilku lat pracy, starań i czasu, których nowa władza Łątkom odmawiała. Trudna i wymagająca sztuka tworzenia i ożywiania marionetek nie mieściła się w filozofii nowych czasów – przygotowanie premiery nowego przedstawienia zajmowało nie mniej niż 9 miesięcy. To za długo – grzmiały odpowiednie czynniki. Wileński Teatr Łątek, by nie zostawać w tyle, zastępował część marionetkowych przedstawień łatwiejszymi w obsłudze pacynkami. Niestety, nie powstrzymało to kolejnych czarnych chmur zbierających sie nad gdańskim teatrzykiem. Pomimo pozbawienia go niepoprawnego politycznie przymiotnika „Wileński” w nazwie i późniejszego upaństwowienia, losy teatru zdawały się być przesądzone. Zarzucano mu „bezideowość”, burżuazyjność (rosyjska sztuka ludowa opierała się na kukiełkach na kiju, a nie na wymyślnych, skomplikowanych, „arystokratycznych”  marionetkach na sznurkach), a nawet to, że Ewa i Olga … rozmawiały niekiedy ze sobą po francusku. Pani Totwenowa wkrótce się rozchorowała, Ewę zaś „niezawodny” i wciąż zazdrosny Henryk Ryl przeniósł, przez odpowiednich mocodawców, do teatru w Bielsku-Białej. Był rok 1951 i teatr Totwenek tym samym przestał istnieć. Lalki przekazano państwowemu teatrowi, wiele z nich zniszczono, poprzerabiano, dopasowując do wymagań estetycznych nowych czasów.

   Na placu boju pozostała właściwie jedynie niezłomna i uparta Ewa. Szybko wróciła z Bielska-Białej, skończyła architekturę na Politechnice Gdańskiej, wyszła za mąż za architekta Macieja Kilarskiego, zasłużonego dla odbudowy gdańskiego Głównego Miasta. Jak się poznali? Jak to w zniszczonym wojną mieście – wśród ruin. Kilarskiemu, próbującemu wśród zgliszczy ocalić najbardziej wartościowe elementy starego Gdańska przydzielono do pomocy w 1954 roku właśnie Ewę Totwen. Miłość musiała wybuchnąć bardzo szybko, bowiem rok później przychodzi na świat córka Macieja i Ewy – Grażyna. Praca, czy nawet misja męża wydaje się wciągać również Ewę, która  z aparatem towarzyszy mu w wydobywaniu z ruin co cenniejszych elementów kamieniarki. To ona przyczyniła się m. in. do odtworzenia płyt przedprożowych gotyckiej kamienicy przy ulicy Mariackiej 1, które są częściowo jej projektu, jak choćby zaproponowany układ dłoni Marii i archanioła.

archanioł

Archanioł z ulicy Mariackiej

   Ewa po studiach zatrudniła się w pracowni mikrofilmów w bibliotece Politechniki. Jedna z pracujących z nią już w latach 70-tych koleżanek wspomina: „Pamiętam Ewę Totwen dość dobrze: przystojna, ciemnowłosa. Niewiele o niej wiedziałyśmy, poza tym, że jest po architekturze i że tworzyła lalkowy teatr przy Grunwaldzkiej. Była zamknięta, wycofana, dzieliła stanowisko z Trudzią, rodowitą gdańszczanką, chyba za sobą nie przepadały. Miałam wrażenie, że Ewa, choć była sumiennym pracownikiem, duchem była gdzie indziej”.  To bardzo prawdopodobne – przez te wszystkie lata nie porzuciła marzeń o pracy w teatrze. Jeszcze w 1953 roku zrealizowała pierwszy w Polsce marionetkowy film pt. „Wspólnymi siłami”.  Dwa lata później zaprojektowała marionetki do spektaklu „Zagubiony elf” (wg Andersena), który w teatrze na Grunwaldzkiej realizowała Olga Totwen. Stworzona przez nią Calineczka stała się jej ukochaną lalką, może dlatego, że Ewa oczekiwała wtenczas dziecka i bajkowa dziewczynka to, jak notuje w pamiętnikach, „trochę takie narodzone dzieciątko, na które czekało się z radością, tak jak na to moje prawdziwe – żywe”.

zagubiony elf

Marionetki z „Zagubionego elfa”

   W 1957 roku zakłada Stowarzyszenie Miłośników Sztuki Marionetkowej, które umożliwia jej oficjalne prowadzenie teatru i szkolenie przyszłych aktorów. Stowarzyszenie miało swoją siedzibę w Klubie Drukarza na Garncarskiej. Zaczęto wznawiać przedstawienia „Najszczęśliwszej z sióstr” i „Gwiazdki z nieba”, przygotowano nową premierę pt. „Słoniątko” – tytułowe zwierzątko wykonano z różowego ubranka małej Grażynki, córki Ewy. Po raz kolejny wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku i po raz kolejny wkroczyły odpowiednie czynniki, które sztuce Totwenek zarzuciły bezideowe i artystyczne imitatorstwo. W wysokiej komisji oceniającej na miejscu pracę Totwenek znalazł się też (co za niespodzianka) Henryk Ryl.

Olga i Ewa, zniechęcone i zrezygnowane, poddały się. Bez większej radości doprowadziły do premiery przedstawienia „Skoczek-toczek”, która miała miejsce  28 grudnia 1958 roku, a zrobiły to tylko dlatego, by adeptom sztuki marionetkowej umożliwić dokończenie kursu i wystawienie „dyplomowej” sztuki. Totwenki usunięto ze Stowarzyszenia i teatru. Wileńskie „Łątki” ostatecznie wchłonął Państwowy Teatr Lalek „Miniatura” we Wrzeszczu. Marionetki z kosza na strychu wyglądały od tej pory rzadko i od wielkiego dzwonu – lalki brały udział w spektaklach w domach kultury, czy telewizyjnych pokazach. Ewa Totwen, niestrudzona archiwistka, czuwała nad rodzinną spuścizną, dbając nie tylko o łątki, lecz również o listy, wycinki, teatralne afisze. Odeszła w 1999 roku w Gdańsku.

Dziś wszystko to można zobaczyć w Pałacu Opatów. Grażyna Totwen-Kilarska w specjalnych niedzielnych pokazach nie tylko przybliża podstawowe pojęcia dotyczące teatru kukiełkowego, ale i ponownie ożywia marionetki-zwierzątka ze spektaklu „Słoniątko”, tego samego, w ktorym główny bohater paradował w uszytym z jej śpioszków ubranku. Na skromnej scence tańczą egzotyczne zwierzaki znad rzeki Limpopo: struś, małpa i inne. Dzieciom, tym starszym i młodszym ( a także tym całkiem dorosłym) śmieją się i błyszczą oczy.

Magia działa dalej.

***

Wystawie towarzyszy doskonale wydany, bezpłatny katalog. To z niego głównie korzystałam przy pisaniu tej notki.

Reklamy

Informacyjnie i wyjaśniająco :-)

Moje wędrówki szlakami kobiet odbywają się ostatnio pozablogowo. Efektem tych działań jest po pierwsze książka, której mam przyjemność być współautorką – jej promocja odbyła się 9 czerwca w sieni Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku. Pod tym linkiem krótki materiał filmowy z tego wydarzenia: Przewodniczka po Polsce emancypantek. Darmowy egzemplarz publikacji powinien być jeszcze dostępny w IKM 🙂

Drugą przyczyną tego, że blog ostatnio drzemie jest przygotowywana wspólnie z Dominiką Ikonnikow sesja poświęcona Lucylli Pisarskiej – legendarnej nauczycielce łaciny gdańskiego I Liceum i autorce książki „Ślady kultury antycznej w Gdańsku”. Dalszą częścią pracy nad życiem pani profesor jest przygotowywana przez nas książka, która powinna ukazać się jesienią.

Lucylla

Zachęcam do sięgania po „Przewodniczkę…” (znajdziecie tam ciekawe trasy kobiece po całej Polsce) oraz w niedalekiej, mam nadzieję przyszłości, po publikację o Pani Profesor Lucylli.

„Olbrzymka” Aliny Szapocznikow, czyli historia pewnej rzeźby

Z braku innego imienia nazwijmy ją „Dianą”. Stoi we wdzięcznej pozycji, ciężar ciała opierając na prawej nodze. Lewą dłonią delikatnie dotyka obojczyka, drugą rękę swobodnie opiera na wygiętym biodrze. Spokojnie, z zadumą i nieco sennie spogląda na życie toczące się w dole, na Długim Targu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W tej linii pierzei trudno o towarzystwo dla niej – szczytów sąsiednich kamienic nie zdobią inne rzeźby, zatem wieńcząca fasadę odrestaurowanej kamienicy numer 36 „Diana” skazana jest w jakimś sensie na samotność. Nawet gołębie, od czasu najeżenia gzymsów i parapetów odstraszającymi zaporami, nie odwiedzają odosobnionej rzeźby na szczycie. Z dołu nie niepokojona spojrzeniami (komu chce się zadzierać głowę aż tak wysoko?) pozostałaby pewnie zupełnie anonimowa, gdyby nie jej Twórczyni.

Alina Szapocznikow, jedna z największych polskich rzeźbiarek XX wieku i jedna z nielicznych polskich artystek i artystów, którym udało się osiągnąć sukces poza granicami Polski, odkuła w kamieniu tę postać w początkach swej kariery, prawdopodobnie na przełomie 1953 i 1954 roku. Kiedy dokładnie? Tego do końca nie wiemy. Jedno ze zdjęć fotografa Kazimierza Lelewicza, precyzyjnie datowane na lipiec 1953, pokazuje nieotynkowaną jeszcze kamienicę, pozbawioną kamieniarki i ornamentów. „Diany” na szczycie też póki co nie ma. Wszystko wskazuje na to, że powstała nie wcześniej niż w listopadzie tego roku. Szapocznikow tak pisała wtedy z Gdańska w liście do męża Ryszarda Stanisławskiego: „Już 3 dzień tu jestem a bardzo bym chciała już wrócić do domu. (…) Warunki pracy jeszcze gorsze jak warunki pobytu. 10 godzin stoję na kamiennej posadzce i nogi w kolanach aż mi piszczą”. Gdańsk się Alinie zdecydowanie nie podoba i raczej o ludzi chyba chodzi a nie o samo miasto, bo z goryczą w tym samym liście dodaje, że „kołtuństwo i ciemnogród naokoło”, zaklinając męża, by jej „na takie tępe roboty więcej nie pozwalał”. Dla samej „Diany” jest  jednak łaskawsza: „Rzeźba nawet bardzo ładna, blisko 2 metry (…) Jest ona tak smutna i pełna melancholii jak ja”. Gdzie natomiast znajdowała się feralna kamienna posadzka, torturująca zmęczone kolana artystki? Niewykluczone, że po sąsiedzku, w pomieszczeniach Dworu Artusa, który z przerwami aż do lat 90-tych pełnił funkcję pracowni rzeźbiarskiej i konserwacji zabytków.

Sama Alina Szapocznikow, odwiedzając Wybrzeże w pierwszej połowie lat 50-tych była jeszcze młodą, niespełna trzydziestoletnią, ale już bardzo doświadczoną przez los osobą. Urodzona w 1926 roku w rodzinie żydowskich lekarzy przeżyła pobyt w pabianickim i łódzkim getcie oraz koszmar uwięzienia w hitlerowskich obozach zagłady w Bergen-Belsen oraz Teresinie. Powikłania po przebytej już po wojnie gruźlicy jajników nieomal kosztowały ją życie. Uniemożliwiły też dokończenie studiów w paryskiej Ecole Nationale Superieure des Beaux Arts, zrujnowały finansowo i, co najgorsze, pozbawiły młodą, pełną życia kobietę możliwości urodzenia dziecka – „Jak utrzymam się na poziomie, kiedy nikt nigdy nie nazwie mnie „mamo”? ” rozpaczała w liście do Ryszarda Alina. Ostatecznie, jej marzenie się spełniło: jedyny, ukochany syn Aliny, Piotr został przez nią adoptowany w 1952 roku.

Szapocznikow do Gdańska sprowadziły prawdopodobnie znajomości z artystami z tzw. „szkoły sopockiej” oraz z Kazimierzem „Kachu” Ostrowskim, którego poznała jeszcze w Paryżu. W latach 1953-1954 uczestniczyła w kilku pracach rzeźbiarskich i rekonstrukcyjnych na gdańskim Głównym Mieście, ale która jeszcze ze zdobiących szczyty czy przedproża figur jest jej dziełem nie udało się (i raczej już się nie uda) ustalić. Tylko autorstwo „Diany” jest pewne, co poświadczył gdański rzeźbiarz Franciszek Duszeńko.

Każdemu, kto choćby pobieżnie kojarzy późniejszą twórczość Szapocznikow i jej słynne konstrukcje z poliestru i poliuretanu, taka tradycyjna, zachowawcza rzeźba w socrealistycznym stylu może wydać się zaskakująca. Już w drugiej połowie lat 50-tych charakter rzeźb artystki radykalnie się zmieni.  Jednak, póki co, artystka stara się odnaleźć w poetyce nowych czasów. „Prawdziwy artysta nie uchroni się od współczesności” – powie po latach w jednym z wywiadów…

Im dłużej na „Dianę” patrzymy, tym bardziej zadziwia nas charakterystyczny dysonans. Z jednej strony – klasyczna poza antycznego kontrapostu (czyli oparcia ciężaru ciała na jednej nodze) i subtelne, może nawet delikatnie uwodzicielskie ustawienie postaci. Z drugiej – zwróćmy uwagę na twarz i proporcje ciała wyrzeźbionej figury. Elegancka, akademicka poza i owijająca ciało tunika to jedynie pozór. To raczej ciało młodej i silnej robotnicy niż smukłe i lekkie kontury postaci bogini czy boginki z mitologicznego panteonu. Zwróćmy uwagę na szeroki, płaski nos, na krótkie palce szerokiej dłoni, na dość potężne udo i muskularną łydkę oraz atletyczny tors z płaskimi, niedużymi piersiami, nieledwie różniącymi się od mocno rozbudowanej męskiej muskulatury. Jakby do wolnej teraz prawej ręki „Diany” wsunąć kielnię lub pędzel z farbą, czy raziłoby to nas tak bardzo? Chyba nie… I czy znaczy to, że do rzeźby lub jej wstępnego projektu mogła pozować jedna z młodych kobiet, pracujących wśród gruzów odbudowywanego Gdańska? Niewykluczone.

Socrealizm, zarówno w literaturze jak i sztuce był w istocie straszliwie pruderyjny. Elegancja, dbałość o wygląd, strojenie się czy uwodzenie traktowane było jako relikt zdeprawowanej kultury burżuazyjnej. „Kobiety, które mają ciało, są świadome swej cielesności – w literaturze produkcyjnej są postaciami negatywnymi, które przegrywają ze schludnymi, aseksualnymi, androginicznymi, dobrymi żonami przodowników” – to słowa Ewy Toniak, historyczki sztuki oraz autorki książki pt. „Olbrzymki. Kobiety i socrealizm” I jeszcze: „(…) płeć została sprowadzona do kilku fizjonomicznych i anatomicznych atrybutów dodawanych do jakiegoś jednolitego trzonu – zawsze takiego samego ciała (…) Kobiece ciało jako ewentualny obszar inności zostało spisane na straty.”

Niewątpliwie cechy tej unifikacji widzimy w postaci naszej „Diany”. Czy w takim razie jej ciało, jej kobiecość, zostały „spisane na straty”? Chyba jednak wieńcząca gdańską kamienicę postać wymyka się takiemu ostatecznemu zakwalifikowaniu. Jest w niej pewien przykuwający uwagę melancholijny wdzięk (wszak sama Alina utożsamiła się w jakimś stopniu emocjonalnie ze swoim dziełem) i nie sposób patrzeć na nią bez swego rodzaju czułości. Wszak fascynacja ciałem – od być może zideologizowanej „Diany”, poprzez zmysłowe rzeźby z poliestru po dokumentowanie chorego, zdeformowanego ciała (Szapocznikow zmarła na nowotwór w 1973 roku, w wieku niespełna 50 lat) – to przewodni temat twórczości artystki. Jak podkreśliła w jednym z wywiadów, „ze wszystkich przejawów tego, co efemeryczne, ciało ludzkie jest najbardziej bezbronne, jest jedynym środkiem wszelkiej radości, wszelkich cierpień i wszelkiej prawdy”.

Przechodząc Długim Targiem, podnieśmy więc wzrok i poświęćmy „Dianie” chwilę naszej uwagi, jest tego warta.

***

Przygoda z „Dianą” to niejedyny przejaw związków rzeźbiarki z Gdańskiem. Już w 1954 Szapocznikow wygrała projekt na pierwszy pomnik poświęcony obrońcom Westerplatte, który jednak nie został zrealizowany (wzniesiony w 1966 roku monument zaprojektowany został już przez zupełnie innych twórców). Co więcej, jeszcze w 1965 roku była teoretyczna szansa, że Szapocznikow powróci do Gdańska i obejmie katedrę rzeźby na PWSSP po odchodzącym na emeryturę Stanisławie Horno-Popławskim – tak się jednak nie stało i artystka ostatecznie odrzuciła propozycję. To wszystko jednak zupełnie inna historia i materiał na kolejny „odcinek”…

Tekst ten po raz pierwszy ukazał się na  stronie http://www.metropolitanka.ikm.gda.pl 

Kariera prowincjuszki. Małgorzata Co Koń Wyskoczy (1234-1282)

Małgorzata Samborówna. Czarna Greta, Dzika Łowczyni, Małgorzata Spraengenhest („Co Koń Wyskoczy”) –  to wszystko imiona i przydomki jednej osoby, twardej kobiety-polityka, która, w przełożeniu na współczesne realia, byłaby (  bez większej przesady)  kimś w rodzaju dzisiejszej Angeli Merkel czy Margaret Thatcher.

Obrazek

     Żadna inna z córek dumnego rodu Sobiesławiców, rządzącego Pomorzem w XII i XIII wieku, nie zaszła aż tak wysoko. Małgorzata, późniejsza królowa duńska, przyszła na świat prawdopodobnie około 1234 roku. Córka księcia lubiszewsko-tczewskiego Sambora II  oraz bratanica Świętopełka Wielkiego (którego pomnik autorstwa Wawrzyńca Sampa stoi od kilku lat na gdańskim  skwerze przy ulicy Świętojańskiej) na ziemi rodzinnej przebywała stosunkowo krótko, bo jedynie kilkanaście lat. Była najstarszą z rodzeństwa i choć kobiety, nawet te wysoko urodzone,  nie były w czasach średniowiecza  wymieniane z imienia w dokumentach i ginęły w mgle anonimowości, to Małgorzata na dworze ojca  nabrała zaskakująco dużo doświadczenia, jeśli chodzi o dyplomatyczne strategie i intrygi. Zawarte wtedy znajomości potrafiła, niczym rasowy polityczny gracz, wykorzystać wiele lat później, w innym miejscu i zupełnie innych okolicznościach.

     Miała jedynie 14 lat, gdy w roku 1248 wydano ją za mąż za (ponad dwukrotnie starszego) Krzysztofa, syna króla duńskiego Waldemara i księcia na wyspach Lolland oraz Falster.  I początkowo wydawało się, że świat młodziutkiej księżnej zawęzi się na zawsze do tych dwóch  skrawków lądu u wylotu cieśniny Wielki Bełt. Krzysztof, najmłodszy królewski syn, na pozór nie miał szans na tron, jako, że w kolejce do sukcesji wyprzedzało go dwóch starszych braci. Minęło jednak kilka lat, obaj bracia zginęli, a królem (prawie jak w baśniach o trzecim, najmłodszym synu) został Krzysztof. Królową zaś – jego małżonka, osiemnastoletnia Małgorzata, matka ich pierwszego, trzyletniego wtedy syna, Eryka. Młoda dziewczyna, prowincjuszka na obcym dworze, w szarpanym politycznymi waśniami i intrygami kraju miała prawo czuć się zagubiona, wycofana i bierna. Nic z tych rzeczy  – wydaje się, że właśnie wtedy Samborówna poczuła wiatr w żagle i wreszcie miała okazję ujawnić polityczny zmysł i temperament. Nie była bowiem typem spokojnej, „znającej swoje miejsce” kobiety, której narzuconą rolą było bycie jedynie instrumentem politycznych mariaży. Jeszcze na Pomorzu, jako bardzo młoda dziewczyna, dorobiła się niezbyt pochlebnych ludowych przezwisk jak „Czarna Greta” (prawdopodobnie od ciemnego koloru włosów) czy „Dzika Łowczyni”. Przebywając na dworze stryja Racibora, w Białogardzie w okolicach Łeby, często wybierała się polowania na grubego zwierza. Konno jeździła znakomicie, szybko i brawurowo, a na łowy wyruszała z mężczyznami jak równa z równym. Zapewne dość istotnie odbiegało to od uznanych norm zachowania kobiet w tamtym czasie, stąd ludzka pamięć o niej przetrwała, ewoluując przez lata w mroczną historię o demonicznej  władczyni z piekła rodem – w legendach państw południowego Bałtyku, od Pomorza Gdańskiego po Danię pojawia się bowiem postać ducha królowej, skazanej na wieczną, bezskuteczną pogoń za dzikim zwierzem.

     Tak, czy siak, swą siłę i zdecydowanie mogła pokazać, zasiadając na duńskim tronie. Polityczne wysiłki razem z mężem skierowali w stronę centralizacji władzy i ukorzenia krnąbrnej opozycji, z arcybiskupem Lundu Jakubem Erlandsenem na czele. Krzysztof rządził Danią skutecznie przez lat siedem, po czym zmarł w roku 1259 pozostawiając jako swego następcę najstarszego syna Eryka, zwanego potem Glippingiem. Ponieważ chłopiec miał wtedy jedynie 10 lat, rządy w jego imieniu do czasu uzyskania pełnoletniości sprawowała Małgorzata. Nie było to łatwe zadanie, bo z jednej strony duńscy możnowładcy forsowali swoich kandydatów do tronu, z drugiej zaś arcybiskup Erlandsen nie ustawał w wysiłkach skompromitowania królowej za pośrednictwem najskuteczniejszego średniowiecznego narzędzia – to jest klątwy. Samborównę niewiele to obeszło. Miała już wtedy znaczniej wyżej niż Erlandsen postawionego protektora. Papieżem w latach 1261-1264 był Francuz Jakub z Leodium (dziś Liege w Belgii), znany powszechnie jako Urban IV, ten, który notabene wprowadził oficjalnie święto Bożego Ciała do liturgicznego kalendarza. Tenże Jakub, zanim dostał się na tron Piotrowy był kilkanaście lat wcześniej legatem papieskim na Prusy i Pomorze. Sambor zapewne znał go dobrze, a i Małgorzata musiała się z nim zetknąć. Ten kontakt po latach ogromnie się jej przydał, bo Urban IV zdecydowanie popierał ją przeciw duńskiej kościelnej hierarchii, która szczerze Samborówny nienawidziła. Podobno nawet udzielił Małgorzacie zezwolenia na to by, tron mogły dziedziczyć kobiety. Ostatecznie w 1272 duński hierarcha uległ i wycofał się z życia politycznego.

     Konflikt z miejscowym klerem nie był jedynym problemem „Czarnej Grety”. Małgorzata wielokrotnie angażowała się w konflikty z duńskimi możnowładcami; w trakcie jednej z wojennych wypraw została nawet pojmana w niewolę i przez rok wraz z synem przymusowo przebywała w Hamburgu. Pomógł jej wtedy książę brunszwicki Albrecht, z którym podobno łączył ją ognisty romans. „Podobno” , bo nic pewnego w tej sprawie nie wiadomo. Bardzo trudno oddzielić tu  fakty od legendy…

     Nawet uznanie w latach siedemdziesiątych pełnoletniości Eryka i jego praw do tronu nie osłabiło politycznych ambicji Pomorzanki. Syn zresztą, pozostający pod ewidentnym wpływem dominującej matki, nadal uzgadniał z nią większość swych królewskich decyzji. „Nie udał się Małgorzacie pierworodny, całe życie cechowało go lenistwo.”  – tak napisał o Glippingu Lech Bądkowski w książce „Odwrócona kotwica”.  Czy na pewno? Historia zna wielu władców, nie umiejących długo wyzwolić się z wpływu silnych matek, choćby nasz Zygmunt August, któremu wiele lat zajęło uwolnienie się od despotycznej Bony.

     W końcu Małgorzata postanowiła wyjechać z Danii właściwej i usunąć się do Estonii, wtedy części duńskiego państwa. Z całą pewnością nie była to polityczna emerytura – to Małgorzacie właśnie Rewel (dzisiejszy Tallin) zawdzięcza silny rozwój gospodarczy w XIII wieku i powstanie murów obronnych. Porażka polityczna jej syna Eryka oznaczała wzrost znaczenia duńskiego możnowładztwa i jednocześnie utratę wpływów Małgorzaty. Królowa zamieszkuje w Rostoku i tam w 1282 roku umiera. Pochowana zostaje w kościele klasztoru cystersów w Bad Doberan, gdzie do dziś oglądać można jej nagrobek. To jeden z niewielu wizerunków „Czarnej Grety”. Inny to trzynastowieczna miniatura, przedstawiająca królową na tronie, stanowczym (nakazującym, czy może odmownym) gestem wysuwającą rękę przed siebie. I, pomimo całego średniowiecznego schematyzmu, prawdopodobnie dobrze oddająca charakter i temperament pomorskiej księżniczki, która z prowincjonalnego dworu awansowała na europejski tron.

Frau, Komm

 

Na Alei Zwycięstwa stanął wczoraj, na kilka godzin, pomnik przedstawiający sowieckiego żołnierza, gwałcącego kobietę. Betonowy monument, wykonany przez studenta ASP, nosił znamienny tytuł „Komm Frau„, czyli „Kobieto, chodź„. Takimi słowami radzieccy zdobywcy Gdańska „polowali” na kobiety tuż po opanowaniu przez nich miasta.

Dużo, i słusznie, mówi się o śmierci Miasta w marcu 1945. Płonące magazyny na Wyspie Spichrzów, morze ruin, wypalone domy, na zawsze utracone pierzeje ulic i bezcenne zabytki. Widzieliśmy zdjęcia, czytaliśmy wspomnienia. W tym samym czasie, tuż obok, działy się inne ludzkie tragedie. Dramaty tysięcy kobiet gwałconych przez żołnierzy 2. Frontu Białoruskiego w piwnicach, szopach, schowkach, gdzie ukrywały się przed nadciągającymi hordami ze Wschodu. W tym czasie zgwałcono prawdopodobnie połowę mieszkanek Gdańska. Większość gwałcono wielokrotnie, część nie przeżyła. Nie odpuszczano ani kilkunastoletnim dziewczynkom, ani osiemdziesięcioletnim staruszkom.

Wciąż za mało mówi się o tej jednej z najbardziej bestialskich form przemocy, jaką przyniosła ta wojna. Mamy pod dworcem pomnik Kindertransportów – ważny i potrzebny osobisty ślad prywatnej historii Holocaustu. I dziś, gdy czytam w gazecie umieszczeniu ( a potem zabraniu) pomnika „Komm Frau” spod czołgu T-34, to myślę sobie: dlaczego nie?

Taki pomnik powinien gdzieś w Gdańsku stanąć. Czy i gdzie istnieje miejsce dla niego najodpowiedniejsze – nie wiem. Czy powinien być to ten projekt, co  poniżej, też nie wiem. Ale tragiczny los tysięcy gdańszczanek, ich prywatny dramat w cieniu Wielkiej Historii zasługuje na upamiętnienie. To na pewno.

Obrazek

 

(Zdjęcie pochodzi z portalu trojmiasto.pl)

„Tyle szczęścia”. Gdański czas Kaliny Jędrusik

 

   Kalina Jędrusik, jedna z najwybitniejszych i najbardziej charakterystycznych polskich aktorek.  Niezapomniana pani Wąsowska z „Lalki”, Lucy Zuckerowa z „Ziemi obiecanej”, liryczna  Jesienna Dziewczyna z Kabaretu Starszych Panów.  Żona i muza Stanisława Dygata, skandalistka i symbol seksu, miłośniczka kotów i znakomita mistrzyni kuchni. Pięknie śpiewała (głos miała operowy, doskonale ustawiony) i fenomenalnie przeklinała. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że karierę aktorską rozpoczęła właśnie w Trójmieście i tutaj przez pewien czas mieszkała.

  Dwudziestotrzyletnia Kalina,  świeżo upieczona absolwentka  krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej trafiła do Gdańska latem 1953 roku. Była jedną z kilkudziesięciu osób, które z Krakowa zabrała ze sobą aktorka, reżyserka i pedagog, Lidia Zamkow. Mieli tutaj stworzyć nowy, współczesny teatr. Wraz z Kaliną na Wybrzeże zjechały inne późniejsze znakomitości: Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela, Leszek Herdegen i inni.  W nowym zespole teatralnym znajdowała się  też starsza od Jędrusik o kilkanaście lat koleżanka, Władysława „Dziunia” Nawrocka. Tym, co zwiąże obie artystki już wkrótce, będzie coś znacznie więcej niż tylko kwestie artystyczne. Nawrocka to bowiem ówczesna, niezbyt szczęśliwa żona pisarza Stanisława Dygata i matka ich wspólnej córki Magdy…

    Tych młodszych oraz starszych aktorów trzeba było gdzieś ulokować, no i zapewnić im scenę do grania. Sytuacja nie była  tak dramatyczna, jak jeszcze pod koniec lat 40-tych, gdy zespół tworzącego nowy teatr Iwo Galla nocował na siennikach w gdyńskim hotelu, nie dojadał i marzł podczas zimnych nocy z powodu braku opału, niemniej jednak ówczesne życie teatralne w połowie lat 50-tych na Wybrzeżu wypada określić mianem pełnej prowizorki. Przede wszystkim, nie istniał teatr z prawdziwego zdarzenia. Sceny na Targu Węglowym oczywiście wtedy nie było: przedwojenny miejski teatr, zwany przez gdańszczan „młynkiem do kawy” był porośniętą trawą ruiną, a nowoczesna pudełkowata bryła zaprojektowana przez Lecha Kadłubowskiego miała się objawić w tym miejscu  ludzkim oczom  dopiero w roku 1967. Przedstawienia Państwowego Teatru „Wybrzeże” odbywały się we wszystkich trzech nadmorskich miastach: nieistniejącym już budynku na Placu Grunwaldzkim w Gdyni (dziś stoi tu Teatr Muzyczny), teatrze kameralnym w Sopocie  oraz w Gdańsku-Wrzeszczu, na miejscu przyszłej Opery Bałtyckiej. Nowo przybyli na Wybrzeże artyści mieszkali  początkowo w Sopocie, w Domu Aktora (dzisiejszym budynku ZAiKS-u), naprzeciwko Grand Hotelu: panowie w przeszklonej werandzie, panie w pokojach na pierwszym piętrze, na piętrowych łóżkach. Dopiero później część z nich przeniesiono do Gdańska. Wtedy Kalina wraz z koleżankami z uczelni, Alicją Migulanką i Maszą Lejman dostały służbowe mieszkania w sercu Drogi Królewskiej, w kamienicy na Długiej, pod numerem 72: Kalina i Alicja, zwana Kicią na drugim piętrze, Masza piętro niżej. Do domu tego nie wchodziło się jak dziś, od podwórza, ale bardziej odświętnie i prestiżowo: od ulicy.

ObrazekDługa 72, gdański adres aktorki

    Jędrusik i Migulankę łączyła wielka przyjaźń i ogromna zażyłość, na tyle bliska, że jeszcze za czasów krakowskich studiów obie dziewczyny powszechnie uważano za parę homoerotyczną. Głównie za przyczyną Kici, która była koleżance absolutnie, fanatycznie oddana i troszczyła się nią jak o dziecko. „Była sługą i podnóżkiem Kaliny” – tak ocenia ich relację Masza Lejman. Ta przyjaźń przetrwała zresztą różne koleje losu, zmiany adresu i sercowe perturbacje obu aktorek: Alicja została  później matką chrzestną siostrzeńca Kaliny i to dzięki jej znajomościom udało się pochować matkę Jędrusik na wilanowskim cmentarzu, na czym bardzo rodzinie zależało.

   Kalina Jędrusik spędziła na Wybrzeżu dwa lata, od lipca 1953 do września 1955. „Start w zawodzie miałam piękny, udany i czysty” – tak po latach wspomina ten okres Kalina. Co prawda jej debiut sceniczny (statystowanie w sztuce „Lubow Jarowaja”) miał miejsce już na pierwszym roku studiów w Krakowie, lecz za oficjalną datę jej aktorskiego debiutu i rolę z prawdziwego zdarzenia a nie elementu sztafażu uznaje się 13 grudnia 1953 i rolę Katii w sztuce „Barbarzyńcy” Maksyma Gorkiego. Rola  była nieduża, ale ambitna Kalina już wtedy zbiera dobre recenzje. W gdańskim teatrze zagrała jeszcze dwie role: w „Nie igra się z miłością” Musseta oraz „Pannie bez posagu” Aleksandra Ostrowskiego. Jaka była wtedy Kalina, na początku lat 50-tych? Nie przypominała jeszcze siebie z lat późniejszych: zmysłowa i kobieca ale jednocześnie krucha, delikatna i bardzo szczupła. Miała ciemnoblond włosy, które spinała w koński ogon, ogromne zielone oczy młodej sowy (jak to określił Kazimierz Kutz) i niesamowicie długie rzęsy, które precyzyjnie pociągała węglowoczarnym tuszem…

ObrazekKalina

    Oczywiście, Wybrzeże to nie tylko granie i życie towarzyskie w podnoszącym się z wojennych zgliszczy mieście. Gdańsk to przede wszystkim miejsce spotkania najważniejszej w życiu Jędrusik osoby – Stanisława Dygata, jej późniejszego kochanka, męża, przyjaciela i po trosze także Pigmaliona. Wszystko wskazuje na to, że tych dwoje spotkać się musiało wcześniej czy później. Pisarstwo Dygata pasjonowało młodą Kalinę do tego stopnia, że to właśnie fragment „Jeziora Bodeńskiego” wybrała sobie jako tekst na egzamin wstępny do krakowskiej szkoły teatralnej. Traf chciał, że kilka lat później znalazła się w zespole aktorskim z jego żoną, Władysławą Nawrocką – grały  nawet razem w sztuce Gorkiego. Dygat zaś do Gdańska trafił „za żoną”, przyjmując posadę kierownika literackiego w trójmiejskim teatrze. Szczegóły ich pierwszego spotkania nie są jasne. Czy spotkali się, jak tego chce aktor Jerzy Woźniak, w sopockim Domu Aktora, podczas organizowanej przez niego „bibki”? Czy raczej, jak pamięta to sama Kalina, był to raczej klasyczny coup de foudre, grom z jasnego nieba: „ W Gdańsku, na spacerze, spotkałam go – szedł z moją koleżanką z teatru, Dziunią Nawrocką; okazało się (o czym jeszcze nie wiedziałam), że była jego żoną. Obejrzałam się – i zobaczyłam, że on też na mnie patrzy, ale jak! Szedł z żoną tyłem, bo patrzył na mnie. U Sienkiewicza to bym wtedy powiedziała: Mój ci on jest ale ja naprawdę tak sobie wtedy pomyślałam – to będzie MÓJ MĘŻCZYZNA”?

   Miała rację, wkrótce byli z Dygatem nierozłączni. Małżeństwo pisarza z Nawrocką było nieudane i nieszczęśliwe, to przyznawała nawet bardzo Kalinie niechętna pasierbica, Magda Dygat, więc pojawienie się Jędrusik zapewne tylko przyspieszyło nieuchronne rozstanie.

ObrazekPierwsza strona programu debiutanckiego przedstawienia Kaliny Jędrusik

   Gdański romans Kaliny wkrótce zaowocował ciążą aktorki. Do dziś nie wiadomo dokładnie kiedy i w jakich okolicznościach, ale dziecko, córeczkę, utraciła. Czy było to poronienie czy przedwczesny poród,  tego nie wiemy. To jeszcze nie były czasy, gdy tego typu żałobę wypadało przeżywać otwarcie, nie istniały grupy wsparcia czy obchodzony w październiku Dzień Dziecka Utraconego. Wtedy takie dramaty zamykało się w czterech ścianach, ukrywając szczegóły przed najbliższymi nawet krewnymi. Tylko wierna Kicia, pocieszając załamaną aktorkę, oferowała jej, że „urodzi dziecko za nią”, jeśli tylko Kalina zechce…

   Niewątpliwie była to jedna z największych traum życiowych Jędrusik. Nigdy później nie zaszła już w ciążę i nigdy nie pogodziła się ze swoją bezdzietnością. Wydaje się, że także wtedy Gdańsk, na chwilę przynajmniej, stracił dla niej swój powab. Z listów Dygata wynika, że utrata dziecka nastąpiła wiosną 1955 roku, a we wrześniu tego samego roku Kalina Jędrusik, zapewne po kilkumiesięcznej rekonwalescencji, definitywnie opuściła Wybrzeże. Zaczęła grać w warszawskim Teatrze Narodowym, zamieszkała z Dygatem w stolicy, gdzie pobrali się w 1958 roku. Rozpoczął się dla niej zupełnie nowy okres życia. Na Wybrzeże zawodowo nie wróciła już nigdy. To miejsce, po rodzinnej Częstochowie i studenckim Krakowie, stało się jednak jednym z jej ukochanych:  „Tyle szczęścia i to w jednym z najpiękniejszych miast, w Gdańsku. Więc jak jest mi smutno, czy ciężko (…) wsiadam w pociąg czy samolot i zimą nawet jadę tam, do moich przyjaciół, do znajomych. Spaceruję, oddycham, odpoczywam (…) moja największa radość, mój odpoczynek to Wybrzeże”.

  W  zielonej „aktorskiej” kamienicy z wizerunkami Modrzejewskiej i Bogusławskiego, gdzie mieszkała Kalina, dziś znajdują się mieszkania i biura, w sezonie w przyziemiu rządzą zaś kręcone lody Soprano. Na fasadzie nie ma informacji, że tu na drugim piętrze mieszkała kiedyś znana polska aktorka. Może przydałaby się taka tabliczka? Taki ukłon w stronę Kaliny, która zawsze chętnie wracała do miasta „wielkich nadziei”?

******

Wszystkie cytowane wypowiedzi pochodzą z biografii aktorki autorstwa Dariusza Michalskiego.

„Latająca ryba”. Iwona Pieńkawa (1955-1975)

    Równo 38 lat temu, 31 marca 1975 roku, gdzieś na szosie pod Mławą zginęła tragicznie pewna dwudziestoletnia dziewczyna. Nazywała się Iwona Pieńkawa. Była żeglarką, córką kapitana Zdzisława Pieńkawy, uczestniczką regat okołoziemskich 1973/74, pierwszą Polką w historii, która opłynęła Przylądek Horn oraz autorką wspomnieniowej książki z tego rejsu „Otago, Otago, na zdrowie”.

    Iwona przygodę z żeglowaniem zaczęła już  jako 9-letnia dziewczynka. Patent sternika jachtowego zrobiła w wieku 16 lat, 2 lata później miała już stopień sternika morskiego. W 1973 roku stanęła przed szansą wielkiej życiowej przygody. Jachtklub Stoczni Gdańskiej postanowił zgłosić S/Y„Otago” (łódkę nazwaną tak na pamiątkę barku, którym dowodził Józef Conrad Korzeniowski) do Whitbread Round The World Race 1973-1974, okołoziemskich regat, rozgrywanych na trasie Portsmouth – Kapsztad – Sydney – Rio de Janeiro – Portsmouth (regaty te odbywają się do dziś, obecnie pod marką Volvo Ocean Race). Kapitanem jachtu ma być Zdzisław Pieńkawa, ojciec Iwony, a wśród załogi znajduje się między innymi Zygmunt Choreń, inżynier i późniejszy konstruktor słynnego „Daru Młodzieży”. Iwona strasznie chce płynąć z nimi. Co prawda oznacza to konieczność wzięcia urlopu dziekańskiego i stratę roku akademickiego (właśnie dostała się na architekturę na Politechnice Gdańskiej) ale dziewczyna jest zdeterminowana, wie, że taka szansa nieprędko ( o ile w ogóle) się powtórzy. „Mogę być czarną kanaką, kukiem [kucharzem], wszystkim się podporządkować, tylko mnie zabierzcie” – błaga ojca. Po co tak bardzo chce płynąć? „Dla przeżyć” – pisze w „Otago…” – „nowych silnych przeżyć. Bo tyle mamy z życia, ile przeżywamy”.

    Iwonie udaje się przekonać ojca – 25 sierpnia późnym wieczorem wypływa z Nowego Portu w stronę Portsmouth. Odprowadzają ją przyjaciele – wypalają wszyscy po pół papierosa, drugie pół zostawiając sobie na spotkanie po powrocie. Właściwe regaty rozpoczynają się 8 września. Startuje w nich 20 jednostek. Wybudowany w 1959 roku „Otago” jest jednym z najstarszych tutaj jachtów, wcześniej zbudowano tylko niemiecki „Peter von Danzig” (zresztą dla załogi, ten „prawie gdański” jacht jest głównym przedmiotem honorowej rywalizacji) i nie jest typowo regatowym jachtem, sukcesem będzie już ukończenie tej trasy.  Osiemnastoletnia Iwona Pieńkawa jest jedną z trzech kobiet uczestniczących w regatach.

Iwona Pieńkawa 1

„Widziałam siebie – moja sraczkowata czapeczka z białym pomponem, ciemne oczy, opalona twarz, złote kolczyki…”

    Atmosfera podczas rejsu jest dobra, ale ośmiomiesięczna żegluga i stłoczenie dziewięciu osób na małej powierzchni jest wyzwaniem dla cierpliwości i siłą rzeczy musi powodować napięcia. „Powiem Wam, jakie jest najgorsze więzienie: zamknąć dziewięć osób w klatce osiemnaście metrów długiej i cztery metry szerokiej, polewać od góry i z dołu wodą i dać im jeszcze trochę środków do życia” – tak miał podsumować tę sytuację Adam Michel, dziś architekt, wtedy jeden z „udręczonej” dziewiątki.  Iwonie jest jeszcze trudniej: jedyna kobieta, do tego najmłodsza wiekiem i stażem. Dnie w większości spędza w kambuzie, przygotowując posiłki dla załogi. Panowie traktują ją z sympatią, ale w żadnym razie nie zamierzają traktować jak damy.  Tak zwane świńskie dowcipy najwyraźniej fruwają ponad głowami w kajucie, skoro Iwona szybko stwierdza, że „kawały erotyczne szybko się nudzą. W końcu wszystko staje się symbolem męskiego członka: i czajnik, i parówki, i sznurowadła.” Czy możliwe jest, by w warunkach ograniczonej przestrzeni, na której ściśnięto kilkoro członków załogi, między Iwoną a grupą młodych przecież facetów nie było erotycznego napięcia? Autorka „Otago…” nic o tym nie wspomina. Autocenzura? Chyba raczej nie. „Zuzia”, jak na nią mówią, czuje się przede wszystkim żeglarzem, zżyma się na ciągłe podkreślanie, że jest kobietą: „Nie lubię tego podkreślania, że jedna dziewczyna (…) dziewięciu żeglarzy jest na Otago. Koniec.” Wścieka ją idiotyczny przesąd, że kobieta na jachcie przynosi pecha – jej racjonalni towarzysze niby w to nie wierzą, ale w razie jakichś kłopotów nie mogą powstrzymać się od sarkastycznych uwag pod jej adresem.

     Czas rejsu to dla Iwony przygoda życia, także intelektualna – na jacht zabrała ze sobą sporo ambitnych książek: Joyce’a, Witkacego, Vonneguta. Jest oczytaną, myślącą dziewczyną, ma niewątpliwy dryg do pisania, jej zdania są niejednokrotnie celne i dojrzałe. Ale jednocześnie, osiemnastolatka to jeszcze emocjonalny kocioł i  Iwonie zdarzają się zabawnie dziecinne stwierdzenia, gdy zastanawia się na przykład, czy współtowarzyszom (którzy czymś się narazili) nie napluć złośliwie do zupy. Po chwili stwierdza, że nie warto, skoro przecież i tak by o tym nie wiedzieli 🙂

    5 października o drugiej w nocy „Otago” mija równik. Na obowiązkowym chrzcie Iwona otrzymuje imię „Latająca ryba”. Bardzo przywiązuje się to tego miana, a załoga od tego momentu postanawia nie łapać tych morskich stworzeń i nie przygotowywać z nich posiłków. Pod koniec rejsu złamią ten zakaz, co Iwonę wścieknie i rozżali jednocześnie… Ciągnące się miesiące żeglugi urozmaicają krótkie pobyty w portach dzielących poszczególne etapy: Kapsztadzie, Sydney, Rio de Janeiro. Można wtedy wreszcie poczuć pod nogami stały ląd, wykąpać się, przeczytać listy z Polski, zwiedzać miasto i brać udział w dziesiątkach imprez, organizowanych dla uczestników tych prestiżowych regat.

    Prawdziwym jednak wyzwaniem i doświadczeniem jest opłynięcie Przylądka Horn, zwanego żeglarskim Mount Everestem i Nieprzejednanym – to tu Ocean Spokojny styka się z Atlantykiem. Na śmiałków czyhają tam huraganowe wiatry, wysoka i stroma fala a także sterczące z powierzchni wody skały. „Otago” jest piątym polskim jachtem w historii, który mija owiany złą sławą przylądek, a Iwona pierwszą Polką, która go opłynęła. Historyczny moment ma miejsce 5 lutego 1974 roku, o piątej rano. Iwona właśnie gotuje zupę mleczną…

    „Otago” ponownie wpływa na Atlantyk. To już ostatni etap żeglugi, przed nimi jeszcze postój w Rio de Janeiro, gdzie właśnie trwa słynny karnawał. Iwona jest nim jednocześnie oszołomiona i znużona – „ten rodzaj sztuki czy zabawy zupełnie mi nie odpowiada, męczy raczej, jest zbyt krzykliwy, jarmarczny” wspomina w książce. Zaczyna tęsknić za domem, Gdańskiem („jesteśmy na antypodach Gdańska, stykamy się podeszwami, dzieli nas tylko średnica ziemi”), wyobraża sobie zwykły dzień na ulicy Danusi we Wrzeszczu, gdzie mieszka: mamę, rodzeństwo, niedopitą kawę na stole, drzemiącego w kuchni psa.

    Iwona nie wstydzi się przyznać, że wielomiesięczna żegluga i żmudna praca czy to w kambuzie, czy na pokładzie staje się po jakimś czasie mecząca i monotonna. Wreszcie, 24 kwietnia o 10.00 „Otago” przekracza linię mety. Pomimo złamanego na Oceanie Indyjskim bezanmasztu zajmuje w wyścigu  trzynaste miejsce, jest nie tylko przed „Peterem von Danzig”, ale i przed „Copernicusem”, jachtem ze Yacht Clubu Stal Gdynia. 16 maja „Otago” wpływa do macierzystego portu, oficjalne powitanie załogi dopiero następnego dnia na Motławie. Ubrana galowo pod sztormiakami załoga udaje się do Ratusza, gdzie otrzymuje odznaczenia i występuje na specjalnej konferencji prasowej. Zmęczoną oficjalną pompą Iwonę wyciąga z Ratusza grupa przyjaciół: „wynieśli mnie na ramionach, jechałam przez cała Długą śmiejąc się, ciągle się śmiejąc, gubiłam kwiaty po drodze”.

   I taką ją, roześmianą i w kwiatach, zostawmy. Rok później, na kilkanaście dni przed swoimi dwudziestymi urodzinami, Iwona wraca swoim świeżo kupionym samochodem do Gdańska, na holu. W pewnym momencie, z nieznanych powodów, raptownie skręca w lewo, wpadając pod nadjeżdżający z przeciwka samochód. Ginie na miejscu.

   Pochowano ją na gdańskim cmentarzu Srebrzysko. Jej grób znajduje się po prawej stronie głównej alei, w drugim rzędzie, kawałek za charakterystycznym smoleńskim nagrobkiem Arama Rybickiego. Jeśli będziecie w pobliżu, nie zapomnijcie zapalić świeczki odważnej, głodnej wrażeń dziewczynie, która nie bała się walczyć o swoje marzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

*

Postscriptum

W sierpniu 1976, na Morzu Barentsa, zatonął „Otago”, po  uprzednim zerwaniu się z kotwicowiska, zaś nazwany na pamiątkę żeglarki jacht „Iwona Pieńkawa” , po uprzednim opuszczeniu go przez załogę, zaginął na wodach Zatoki Biskajskiej….

Wszystkie cytaty pochodzą ze wspomnień I. Pieńkawy  „Otago, Otago na zdrowie”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA